Scenariusz był prosty i przez dekady działał bez zarzutu. Młody, gniewny chłopak chwytał za gitarę, zdobywał sławę, a potem zaczynał się drugi akt, ten znacznie ciekawszy dla prasy. Trasa, a za nią smuga zniszczonych pokoi hotelowych, złamanych serc i pustych butelek. Narkotykowe ekscesy, zdrady, odwyki i powroty – wszystko to składało się na mit, na rockandrollową legendę, którą fani chłonęli, a media powielały do znudzenia. W samym środku tego cyrku stał jednak człowiek, który wyglądał jak uosobienie każdego z tych grzechów, a jednocześnie czuł do nich wyłącznie pogardę. Człowiek, który zdefiniował głośny, brudny rock na nowo, a zapytany o jego mity, odpowiadał z charakterystycznym dla siebie znużeniem.
Ile razy gwiazda rocka może przesadzać z narkotykami? Ile razy gwiazda rocka może być niewierna swojej kobiecie? To naprawdę cholernie nudne, a właśnie to robią w kółko. Po prostu drukują to samo gówno.
I pomyśleć, że mówił to Ian Fraser „Lemmy” Kilmister. Facet, który według plotek wypijał butelkę Jacka Daniel'sa dziennie i miał na koncie ponad tysiąc partnerek.
Co Lemmy Kilmister miał do rock'n'rolla, czego nie mieli inni?
W jego ustach ta tyrada była nie hipokryzją, a manifestem autentyczności. Lemmy nie grał rockmana, on nim po prostu był, a to zasadnicza różnica. Zanim założył Motörhead, zdążył zobaczyć na żywo The Beatles w The Cavern Club, nosić sprzęt Jimiemu Hendrixowi i wylecieć z psychodelicznego Hawkwind za „branie nie tych narkotyków, co reszta zespołu”. Został aresztowany na kanadyjskiej granicy z amfetaminą, którą celnicy wzięli za kokainę. Zespół go wyrzucił, bojąc się problemów z wjazdem do USA. To nie była zaplanowana medialna drama. To było jego życie – seria przypadków, dobrych i złych decyzji, napędzana paliwem z amfetaminy i czystej pasji do hałasu. Kiedy założył nowy zespół, chciał go nazwać „Bastard”. Manager szybko wybił mu to z głowy, tłumacząc, że z taką nazwą nigdy nie trafią do Top of the Pops. Stanęło na Motörhead – tytule ostatniej piosenki, jaką napisał dla Hawkwind.
Czy prasa drukowała to samo gówno, bo nic innego nie rozumiała?
Problem polegał na tym, że schemat, którym gardził Lemmy, był łatwy do sprzedania. Był komiksem. Prawdziwa historia była zawsze bardziej skomplikowana. Media kochały pisać o jego diecie złożonej z Jacka i speedu, ale rzadko kto pochylał się nad tym, jak rewolucyjny był jego styl. Lemmy nie grał na basie jak basista. Z racji swoich gitarowych korzeni, walił w struny akordami, tworząc ścianę przesterowanego, dudniącego dźwięku, który stał się fundamentem brzmienia Motörhead. Nie był basistą, tylko głębokim, przesterowanym gitarzystą rytmicznym z czterema strunami. Jego charakterystyczna postawa na scenie – z mikrofonem uniesionym tak wysoko, że musiał zadzierać głowę, by śpiewać – nie była elementem wizerunku. Tłumaczył, że to dla wygody i żeby nie musieć oglądać publiczności, zwłaszcza w czasach, gdy na koncerty przychodziło „dziesięć osób i pies”. W tych detalach krył się prawdziwy Lemmy. Człowiek, który świadomie unikał rockowych klisz, nawet jeśli jego życie pozornie idealnie się w nie wpisywało. On po prostu robił swoje, a reszta dopisywała do tego legendę.
Jak się kończy, gdy żyjesz naprawdę, a nie na pokaz?
Może właśnie dlatego przetrwał tak długo w branży, która zjadała swoje dzieci na śniadanie. Nie musiał niczego udowadniać, bo nigdy nie czuł presji, by wpisać się w scenariusz. Kiedy inni przechodzili na emeryturę, on wciąż grał. Kiedy gasły światła, wracał do swojego dwupokojowego mieszkania w Los Angeles, rzut beretem od ulubionego baru Rainbow Bar and Grill, gdzie był nie gwiazdą, a stałym bywalcem. Diagnozę – agresywny rak prostaty – usłyszał dwa dni przed śmiercią. Nie było medialnego pożegnania, ckliwych wywiadów i ostatniej trasy. Była za to prośba, by przywieźć mu do mieszkania jego ulubiony automat do gier z baru, żeby mógł grać do końca. I tak właśnie odszedł – bez dramatu, bez ostatniego aktu napisanego pod publiczkę. Zostawił po sobie muzykę, która była jak on – bezkompromisowa, głośna i szczera do bólu. I tę jedną, gorzką prawdę, że najnudniejszą rzeczą w rock'n'rollu jest powtarzanie w kółko tych samych, wyświechtanych historii. On wolał napisać swoją.