Lata dziewięćdziesiąte w rocku miały zapach buntu, ale też pewnego rodzaju zmęczenia. Grunge dogasał, a flanelowe koszule zaczynały wyglądać jak kostium z drugiej ręki. Scena potrzebowała nowego, brudnego impulsu, który nie będzie tylko nostalgicznym spojrzeniem na lata siedemdziesiąte ani kolejną kopią Nirvany. I wtedy z kalifornijskiego słońca, a konkretnie z jego upalnego, zapomnianego przez Boga zakątka zwanego Bakersfield, wypełzła bestia, jakiej nikt się nie spodziewał.
Korn nie brzmiał jak nic, co grano wtedy w radiu. Mieli siedmiostrunowe gitary nastrojone tak nisko, że wwiercały się w trzewia, funkowy puls basu i wokalistę, który wyglądał i poruszał się jak skrzywdzone, wściekłe dziecko uwięzione w ciele dorosłego. Jonathan Davis nie śpiewał o abstrakcyjnym buncie. On wykrzykiwał, szeptał i płakał o bardzo konkretnym bólu, o upokorzeniu, które nigdy nie mija. O tym właśnie mówił, gdy już stał na szczycie, a demony z przeszłości wciąż pukały do drzwi jego platynowej garderoby.
Jestem wielką gwiazdą rocka, mam piękną dziewczynę, a oni wciąż nazywają mnie pedałem. To tak, jakby szkoła średnia nigdy się nie kończyła – osiłki zawsze są na szczycie.
Dlaczego Jonathan Davis nigdy nie opuścił szkolnego korytarza?
Żeby zrozumieć gorycz zawartą w tych słowach, trzeba cofnąć się do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Bakersfield w Kalifornii to nie Los Angeles. To surowy, robotniczy krajobraz, gdzie bycie innym nie jest artystyczną pozą, a społecznym wyrokiem. Młody Jonathan był chodzącym celem. W czasach, gdy w licealnych szafkach królowały kasety z metalem i rapem, on fascynował się nową falą, nosił eyeliner i długie płaszcze. W świecie zdominowanym przez sportowców i szkolnych osiłków był dziwakiem, „pedałem”, wyrzutkiem. To nie metafora. To właśnie te wyzwiska stały się później paliwem dla jednego z najbardziej autobiograficznych i wstrząsających utworów wczesnego Korna, piosenki o dosadnym tytule „Faget”.
Jego biografia to gotowy scenariusz na mroczny dramat. Rozwód rodziców, trudne relacje z macochą, ataki astmy, które niemal go zabiły. A do tego praca, której nie podjąłby się żaden z jego rówieśników – asystent w biurze koronera, a później balsamista w domu pogrzebowym. Dzień spędzał wśród zmarłych, a wieczorami próbował odnaleźć siebie w muzyce. Te doświadczenia odcisnęły na nim niezmywalne piętno. Davis od najmłodszych lat obcował ze śmiercią, traumą i tym, co społeczeństwo woli ukrywać. Kiedy więc stanął przed mikrofonem, nie musiał niczego wymyślać. Wystarczyło, że otworzył usta i wpuścił do środka całą ciemność, którą nosił w sobie od lat.
Od prosektorium na sceny MTV
Gdy Korn wydał debiutancki album w 1994 roku, rockowa scena dostała potężny cios w splot słoneczny. To nie była muzyka do potupania nóżką. To była soniczna terapia szokowa. Brzmienie było gęste i klaustrofobiczne, a teksty Davisa pozbawione jakichkolwiek filtrów. Śpiewał o molestowaniu w utworze „Daddy”, o szkolnym ostracyzmie we wspomnianym „Faget”, o frustracji i bezsilności. Jego wokal był narzędziem tortur i katharsis jednocześnie. Przechodził od dziecięcego szeptu, przez psychotyczny, bełkotliwy scat, aż po gardłowy wrzask rannego zwierzęcia. Nikt wcześniej tak nie robił.
Świat, który go odrzucił, nagle zaczął go słuchać. Miliony dzieciaków z podobnymi bliznami na psychice odnalazły w nim swojego rzecznika. Korn nie był zespołem – stał się ruchem, głosem pokolenia X wychowanego na rozwodach, przemocy i poczuciu wyobcowania. Stali się gwiazdami, a Jonathan Davis, chłopak w makijażu, który słuchał Duran Duran i Sigue Sigue Sputnik, nagle znalazł się na okładkach magazynów. Miał pieniądze, sławę i status ikony. Miał też piękną dziewczynę, a później żonę. Według reguł licealnej gry – wygrał. Został królem balu, na który nigdy go nie zaproszono. Ale jak sam przyznał, stare etykiety odklejają się najtrudniej.
Cena bycia głosem odrzuconych
Sukces Korna był paradoksem. Zespół zbudował imperium na fundamencie bólu swojego lidera. Każdy platynowy album był dowodem na to, że jego osobiste traumy rezonują z milionami, ale jednocześnie stanowił przypomnienie, skąd się wzięły. Davis stał się postacią tragiczną – człowiekiem, który musiał wciąż na nowo rozdrapywać rany, by zadowolić publiczność. A ta publiczność, choć go kochała, była częścią większego świata, który wciąż nie do końca go akceptował. Dla mainstreamu nu-metal był muzyką dla wściekłych nastolatków, a Davis jego infantylnym, wiecznie narzekającym prorokiem.
Osiłki z licealnego korytarza nie zniknęli. Zmienili tylko stroje. Teraz byli krytykami muzycznymi, strażnikami rockowej autentyczności, którzy wyśmiewali jego dresy i dredy. Był gwiazdą, ale wciąż „tym dziwnym”. Słowa o szkole, która nigdy się nie kończy, to coś więcej niż tylko gorzka refleksja. To świadectwo, że mechanizmy wykluczenia działają tak samo na podwórku, jak i w wielomilionowym biznesie muzycznym. Możesz sprzedać 40 milionów płyt, zdobyć Grammy i zdefiniować brzmienie całej dekady. Ale dla niektórych i tak na zawsze pozostaniesz tym chłopakiem z ostatniej ławki, który gra na kobzie, bo tak mu w duszy gra. I może właśnie w tej niezgodzie na zasady tkwiła cała jego siła.