Steve Vai i rynkowa klapa modelu Ibanez Universe
Na początku lat 90. rynek instrumentów muzycznych wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. W 1990 roku japońska firma Ibanez, we współpracy z legendarnym wirtuozem Steve'em Vaiem, wypuściła na rynek model Universe. Była to pierwsza seryjnie produkowana siedmiostrunowa gitara elektryczna, która miała zrewolucjonizować grę solową. Vai chciał instrumentu, który pozwoliłby mu schodzić niżej z dźwiękami, ale jednocześnie zachować pełną swobodę w wysokich rejestrach. Choć artysta nagrał z jej użyciem świetnie przyjęty album "Passion and Warfare", większość gitarzystów nie potrafiła znaleźć zastosowania dla dodatkowej, grubej struny.
Sytuację pogorszyła nagła zmiana trendów w muzyce. Popularność zdobywał grunge, a zespoły takie jak Nirvana czy Pearl Jam stawiały na prostotę i surowość, odrzucając skomplikowane popisy techniczne. Siedmiostrunowy Ibanez Universe stał się symbolem minionej epoki wirtuozów i tak zwanego hair metalu, co przełożyło się na fatalne wyniki sprzedaży. Instrument był drogi i nikt nie widział sensu w kupowaniu gitary, której możliwości wydawały się zbędne w nowej rzeczywistości. Ostatecznie w 1994 roku firma Ibanez podjęła decyzję o wycofaniu modelu Universe z katalogu, uznając go za rynkowy niewypał.
James Munky Shaffer znajduje sposób na najcięższe riffy
W tym samym czasie, gdy Ibanez rezygnował z produkcji siedmiostrunówek, w Bakersfield w Kalifornii formował się zespół Korn. Gitarzysta James "Munky" Shaffer kupił używany egzemplarz Ibaneza Universe w lokalnym sklepie muzycznym tylko dlatego, że był fanem Steve'a Vaia. Szybko jednak odkrył, że dodatkowa struna daje możliwości, o których projektanci nawet nie myśleli. Gdy do zespołu dołączył drugi gitarzysta, Brian "Head" Welch, on również nabył ten model, aby obaj muzycy mogli stworzyć spójną, potężną ścianę dźwięku. Zamiast grać szybkie solówki, zaczęli skupiać się na rytmie i niskich częstotliwościach, które do tej pory były zarezerwowane dla basu.
Reginald Fieldy Arvizu i perkusyjne brzmienie basu
Decyzja o używaniu siedmiostrunowych gitar wymusiła całkowitą zmianę podejścia u pozostałych członków zespołu. Gitarzyści Korna obniżyli strój swoich instrumentów do A-standard, co sprawiło, że dźwięki były wyjątkowo niskie i dudniące. To postawiło basistę, Reginalda "Fieldy'ego" Arvizu, w trudnej sytuacji, ponieważ tradycyjne linie basu zlewały się z gitarami w jedną, nieczytelną plamę dźwięku. Aby się przebić, Fieldy musiał radykalnie zmodyfikować swoje brzmienie. Przesiadł się na pięciostrunowy bas i zaczął używać perkusyjnej techniki slap, polegającej na uderzaniu w struny kciukiem.
Efekt był specyficzny i stał się jednym z fundamentów brzmienia nu metalu. Fieldy niemal całkowicie wyciął w swoim wzmacniaczu tony średnie, podbijając jedynie najniższy dół i metaliczną górę. Dzięki temu bas przestał pełnić funkcję melodyczną, a stał się dodatkowym instrumentem perkusyjnym, który brzmiał jak uderzanie metalowymi przedmiotami o linki. Producent Ross Robinson, który pracował z zespołem nad debiutancką płytą "Korn" w 1994 roku, postanowił nie wygładzać tego surowego dźwięku. Pozwolił kapeli brzmieć agresywnie i dysonansowo, co wkrótce zaczęły kopiować tysiące zespołów na całym świecie.
Polecany artykuł:
Struny od basu i wzmacniacze Mesa/Boogie
Granie tak nisko w połowie lat 90. wiązało się z ogromnymi problemami technicznymi. Typowe wzmacniacze gitarowe tamtej epoki nie radziły sobie z częstotliwościami rzędu 55 Hz. Dźwięk stawał się błotnisty i tracił dynamikę. Muzycy Korna znaleźli rozwiązanie w potężnych wzmacniaczach Mesa/Boogie Triple Rectifier, które miały wystarczający zapas mocy, by utrzymać selektywność przy ekstremalnie niskim stroju. Dodatkowo Munky i Head zaczęli używać efektów takich jak Digitech Whammy, co pozwalało im na tworzenie nieludzkich pisków i dziwnych odgłosów, które stały się znakiem rozpoznawczym ich stylu.
Kolejnym wyzwaniem były same struny. W tamtym czasie w sklepach nie było kompletów przeznaczonych do tak niskiego strojenia. Standardowe struny przy obniżeniu do A stawały się zbyt luźne, co uniemożliwiało precyzyjną grę. Gitarzyści Korna radzili sobie w partyzancki sposób. Często kupowali pojedyncze struny od gitar basowych i z pomocą kombinerek modyfikowali ich końcówki, aby pasowały do kluczy w gitarach elektrycznych. Dopiero po latach producenci osprzętu zauważyli ten trend i zaczęli produkować specjalne, grube zestawy strun dla fanów ciężkiego grania.
Polecany artykuł:
Steve Vai dziękuje Kornowi za uratowanie instrumentu
Kiedy debiutancki album Korna odniósł sukces, a kolejne wydawnictwo "Life Is Peachy" sprzedawało się w milionach egzemplarzy, Ibanez musiał przyznać się do błędu. Firma, która chwilę wcześniej wycofała siedmiostrunówki z produkcji, została zasypana zamówieniami od nowych zespołów. W 2001 roku japoński producent oficjalnie uhonorował muzyków, wypuszczając ich własny model sygnowany Ibanez K7. Gitara ta różniła się od kolorowych modeli Vaia, miała matowe wykończenie i specjalny system tremolo U-Bar, który pozwalał na agresywną grę bez rozstrajanja instrumentu.
Pamiętam, że kiedy wybuchł grunge, Ibanez wpadł w panikę, a moja siedmiostrunówka prawie umarła. A potem pojawił się ten zespół, Korn. Nie mieli pojęcia o wirtuozerii w tradycyjnym sensie, ale wzięli mój instrument i stworzyli na nim najcięższe brzmienie świata. Zawsze będę im wdzięczny, bo uratowali siódmą strunę – stwierdził Steve Vai w trakcie rozmowy
Dziś siedmiostrunowe gitary są standardem w muzyce metalowej i nikt nie dziwi się ich widokowi na scenie. Choć początkowo ortodoksyjni fani technicznego grania byli oburzeni tym, że Korn używa tak skomplikowanego instrumentu do prostych riffów, czas pokazał, że to właśnie oni dali mu drugie życie. Dzięki uporowi muzyków z Bakersfield, model który miał zniknąć w mrokach historii, stał się narzędziem, które zdefiniowało brzmienie całego pokolenia.