Po słabym przyjęciu „7800° Fahrenheit” Bon Jovi potrzebowali przeboju
W 1986 roku Bon Jovi przystępowali do pracy nad „Slippery When Wet” pod wyraźną presją. Debiutancki album zwrócił uwagę słuchaczy, lecz „7800° Fahrenheit” nie odniósł podobnego sukcesu. Zespół wciąż otwierał koncerty większych gwiazd, a trzeci album miał pokazać, czy Bon Jovi są gotowi dołączyć do czołówki rockowego rynku. Jon Bon Jovi i Richie Sambora zaprosili do współpracy Desmonda Childa, autora cenionego za umiejętność pisania chwytliwych melodii.
Pierwszy impuls do „Livin’ on a Prayer” pojawił się w mieszkaniu Childa w Nowym Jorku. Sambora dotarł na miejsce spóźniony i przemoczony po nocnej pracy w studiu oraz utknięciu w korku w Lincoln Tunnel. Miał rzucić, że potrzebuje modlitwy, a Child natychmiast usłyszał w tym tytuł piosenki. Podczas pierwszej sesji napisano zwrotkę i zarys refrenu. Drugą zwrotkę oraz mostek Jon i Richie dopisali później.
Tekst nie był autobiografią członków zespołu. Jon przyszedł z pomysłem opowieści o robotniczej parze, inspirowanej znajomymi, którzy wcześnie założyli rodzinę i zmagali się z codziennością. Child wniósł też wspomnienia z pierwszych lat życia w Nowym Jorku, w tym pseudonim Gina Velvet, którym posługiwała się wokalistka Maria Vidal. Tommy pojawił się dopiero wtedy, gdy Jon odrzucił imię Johnny, nie chcąc, aby odbiorcy uznali historię za opowieść o nim samym.
Tommy i Gina opowiedzieli o życiu rodzin dotkniętych zwolnieniami
Historia Tommy’ego i Giny opowiada o parze, która próbuje przetrwać mimo finansowych problemów i utraty pracy. Tommy traci etat, Gina pracuje w barze, a oboje trzymają się nadziei oraz siebie nawzajem. Dla Sambory był to pierwszy tak wyraźny społeczny komentarz Bon Jovi. Wątek wynikał z realiów New Jersey, gdzie zwolnienia w fabrykach dotykały zwykłych rodzin, także bliskich gitarzysty. Dzięki fikcyjnym bohaterom zespół mógł opowiedzieć o doświadczeniu znanym wielu rodzinom, nie tylko o własnych ambicjach i drodze do sukcesu.
Jon Bon Jovi odrzucał demo, dopóki aranżacja nie nadała mu właściwego brzmienia
Największy problem pojawił się, gdy piosenka istniała jeszcze jako demo. Jon Bon Jovi uważał ją za niezłą, ale zbyt mało wyrazistą i niewystarczająco rockową. Wspominał, że słyszał w niej więcej The Clash niż Bon Jovi. Uważał też, że jest zbyt miękka i sentymentalna jak na materiał przygotowywany na „Slippery When Wet”. Sambora od razu się z nim nie zgodził, twierdząc, że frontman nie dostrzega skali tej kompozycji. Desmond Child wspominał nawet, że on i Sambora, pół żartem, pół serio, uklękli przed Jonem i prosili, by choć nagrał utwór na album.
Child przekonał też Jona, że fragment „Take my hand, we’ll make it, I swear” nie powinien pełnić funkcji głównego refrenu. Miał pełnić rolę pre-refrenu i prowadzić do właściwego refrenu, z frazą „Woah, we’re halfway there, woah-oh, livin’ on a prayer”. Charakterystyczne wokalne zawołanie narodziło się przypadkiem, gdy Sambora szukał harmonii nad istniejącą melodią. Ostateczne brzmienie zbudowano w Little Mountain Sound Studios w Vancouver z producentem Bruce’em Fairbairnem i inżynierem Bobem Rockiem. Wyraźniejszy bas, syntezatorowy wstęp, gitary i talk box Sambory nadały piosence rozmach, którego brakowało w demie.
Talk box, czyli urządzenie kierujące dźwięk gitary przez rurkę do ust muzyka, początkowo rozbawił pozostałych członków zespołu. Sambora inspirował się Peterem Framptonem i Joe Walshem, ale jego pomysł wydawał się kolegom dziwny. W gotowym utworze ten efekt stał się jednak natychmiast rozpoznawalnym znakiem nagrania. Przed wyborem repertuaru Bon Jovi prezentowali dema nastoletnim słuchaczom i obserwowali ich reakcje. Mieli wtedy do wyboru około pięćdziesięciu piosenek. „Livin’ on a Prayer” przetrwało ten test, zostało drugim singlem z albumu i dało grupie drugi z rzędu numer jeden w USA. Jon Bon Jovi początkowo nie wierzył w tę piosenkę, ale to właśnie ona przez kolejne dekady sprawiała, że hale i stadiony śpiewały jednym głosem.