Jest taki moment, tuż przed pierwszym uderzeniem w struny, kiedy ciemność gęstnieje, a ryk tysięcy gardeł zamienia się w jeden, potężny organizm. Powietrze wibruje oczekiwaniem. To chwila, w której zwykły śmiertelnik staje się bogiem, a scena – ołtarzem. Dla jednych to sztuka, dla innych czysty biznes. Gene Simmons, basista i współzałożyciel KISS, ujął to kiedyś bez fałszywej skromności, z brutalną szczerością, która stała się jego znakiem firmowym. Jego słowa to nie tylko rockandrollowa przechwałka, ale esencja filozofii, na której zbudował całe swoje życie i karierę.
Kiedy jesteś gwiazdą rocka przed dwudziestotysięcznym tłumem, otrzymujesz natychmiastową gratyfikację. Gwiazda rocka w trasie jest królem w swoim królestwie.
To królestwo nie powstało z dnia na dzień. Zanim narodził się „Demon” plujący krwią i ziejący ogniem, był Chaim Witz, chłopiec urodzony w Izraelu, syn węgierskich Żydów, którzy przetrwali Holokaust. Kiedy w wieku ośmiu lat przybył z matką do Nowego Jorku, nie miał nic poza marzeniami, które wkrótce miały nabrać bardzo konkretnego kształtu. Fascynacja The Beatles pchnęła go w stronę muzyki, ale Gene Klein – jak wtedy się nazywał – od początku czuł, że sama muzyka to za mało. Gdy razem z Paulem Stanleyem porzucili swój zespół Wicked Lester, bo nie spełniał ich oczekiwań, w ich głowach kiełkowała już idea stworzenia ostatecznego rockowego zespołu. Czegoś, czego świat jeszcze nie widział.
Królestwo zbudowane na ogniu i marketingu
KISS od początku był czymś więcej niż zespołem. To był koncept, teatr i korporacja w jednym. Makijaż, kostiumy, sceniczna pirotechnika – wszystko służyło budowie mitologii. Simmons, wcielając się w postać Demona, nie tylko grał na basie. On stawał się żywym logo, ucieleśnieniem mrocznej, komiksowej fantazji, która zawładnęła wyobraźnią milionów. Był siłą napędową nie tylko na scenie, ale przede wszystkim za kulisami, gdzie z żelazną konsekwencją budował imperium merchandisingowe. Od komiksów, przez automaty do pinballa, po trumny z logo zespołu – Simmons rozumiał, że królestwo rocka nie kończy się na ostatnim rzędzie stadionu. Ono musiało wejść do domów, sypialni i na podwórka fanów.
Ta natychmiastowa gratyfikacja, o której mówił, była paliwem. Energia dwudziestotysięcznego tłumu utwierdzała go w przekonaniu, że obrana droga jest słuszna. Każdy koncert był koronacją, a każda trasa objazdem po włościach, podczas którego król mógł na własne oczy zobaczyć potęgę swojego imperium. W tym świecie nie było miejsca na wątpliwości czy artystyczne rozterki. Liczyła się siła, spektakl i absolutna władza nad emocjami publiczności.
Kiedy monarcha musi zdjąć koronę?
Jednak żadne królestwo nie trwa wiecznie w niezmienionej formie. Na początku lat 80. popularność KISS zaczęła słabnąć, a blask korony przygasać. Wtedy Simmons i Stanley, jako pragmatyczni władcy, podjęli decyzję, która dla wielu fanów była świętokradztwem. W 1983 roku, w odważnym ruchu mającym na celu odświeżenie wizerunku, zespół zdjął makijaż. Król pokazał swoją prawdziwą twarz, by udowodnić, że jego władza nie opiera się wyłącznie na masce. To był zimny, skalkulowany ruch, który okazał się skuteczny. Odmieniony KISS przetrwał dekadę, by w latach 90., na fali nostalgii i pod wpływem próśb fanów, ponownie założyć zbroję i koronę. Monarcha wrócił na tron, silniejszy i świadomy, że to on dyktuje warunki, decydując, kiedy jego poddani mogą oglądać go w pełnym majestacie.
Co robi Gene Simmons, gdy dwór idzie spać?
Wizerunek Demona, rockowego boga i seryjnego uwodziciela, który chwalił się podbojami tysięcy kobiet, był tylko jedną stroną medalu. Gdy gasły światła, a ryk tłumu cichł, król zdejmował buty na platformach i stawał się kimś zupełnie innym. Największym paradoksem Gene'a Simmonsa jest fakt, że ten symbol rockandrollowej dekadencji nigdy w życiu nie był pijany ani na haju. Swoją abstynencję tłumaczył szacunkiem dla matki, która przeżyła obóz koncentracyjny. „Nie miałem prawa krzywdzić mojej matki. Życie już wystarczająco ją skrzywdziło” – mówił. Ta postawa odróżniała go od reszty rockowej arystokracji i pokazywała, że za demoniczną fasadą kryje się człowiek o żelaznych zasadach, przynajmniej w tej jednej kwestii.
Jego królestwo rozciągało się daleko poza scenę. Reality show „Gene Simmons: Rodzinne klejnoty”, wytwórnia płytowa, produkcja filmów – on nigdy nie przestawał budować. Być może dlatego, że chłopak, który przyjechał do Ameryki bez grosza przy duszy, doskonale wiedział, że każde królestwo, nawet to najpotężniejsze, wymaga nieustannego doglądania. Bo gratyfikacja od tłumu jest natychmiastowa, ale też ulotna. A prawdziwy król myśli nie tylko o dzisiejszej owacji, ale i o tym, jak utrzymać władzę, gdy ostatni fan opuści już stadion.