Wiosną przyszłego roku minie dokładnie dziesięć lat od dnia, gdy wydawało się, że muzyka rockowa, w tym swoim najbardziej klasycznym kształcie, ma szansę wrócić do mainstreamu. Właśnie w marcu 2017 roku ukazał się debiutancki singiel wtedy jeszcze szerzej nieznanego zespołu Greta Van Fleet.
Numer zrobił sporo szumu na całym świecie ze względu na swoje brzmienie, przypominające w dużej mierze grę zespołów ikonicznych dla lat 60. i 70., jak Aerosmith, Deep Purple - oraz oczywiście, przede wszystkim Led Zeppelin. Wszyscy chyba dyskutowali o podobieństwie wokalu Josha Kiszki do Roberta Planta.
Dla jednych Greta Van Fleet szybko stała się nadzieją rocka, zdobywając już w 2019 roku, dzięki swojej pierwszej EP-ce, aż cztery nominacje do Grammy. Do tego wygrać udało się jej w kategorii 'Najlepszy rockowy album', pokonując tym samym m.in. Weezer, Ghost czy Alice in Chains.
Nie brakowało także tych nieco mniej optymistycznie nastawionych. Dla wielu słuchaczy amerykańska formacja jedynie naśladowała większych od siebie, nie wnosząc do klasycznych brzmień nic nowego, ciekawego. Dowodem na to miał być krążek Anthem of the Peaceful Army, który do dziś uważany jest za przesadzony, pozbawiony czegokolwiek oryginalnego.
Po dyskusji, jaka przetoczyła się wokół nich, Greta Van Fleet zniknęli na ponad dwa lata, dopiero jesienią zwiastując nowy projekt. Mowa o The Battle at Garden's Gate, który zgarnął już dużo lepsze recenzje, a wśród fanów grupy cieszy się mianem jej "opus magnum". Zespół podążał więc w dobrym kierunku, cały czas inspirując się klasycznym rockiem, dodając do tego jednak już powoli cząstkę siebie. Dowodem na to zdawał się być kolejny album, Starcatcher z 2023 roku. Grupa na nim właśnie pokazała się w nieco innym, bardziej blues-garażowym wydaniu, brzmiąc świeżo i pewnie. Byłam więc ciekawa, czy rozwinie to na kolejnym studyjnym projekcie.
Zabawa w kotka i myszkę
Gdy fani i fanki spoglądali nieśmiało w kierunku grupy, licząc na nowe dźwięki, ta na początku maja wrzuciła na swoje media społecznościowe krótkie nagranie, podpisane słowami: "Thanks for the wild ride. Love, Josh, Jake, Sam & Daniel". Dosłownie cały świat odebrał to jako ogłoszenie rozpadu, dość szybko okazało się jednak, że mamy tu do czynienia z pewnością zwracającą uwagę zapowiedzią nowego muzycznego rozdziału.
W końcu w czerwcu ukazał się singiel Play Your Games, który mnie akurat nie zachwycił. Mający być powrotem do samych początków grupy, dla mnie jest przykładem Josha Kiszki w najbardziej irytującym wokalnie wydaniu w całej dotychczasowej karierze. Do tej pory nie jestem w stanie słuchać tego kawałka. Zaczęłam się trochę obawiać o to, co będzie się wokół nowości od Grety Van Fleet działo dalej.
Na szczęście z kolejnym singlem było już dużo, dużo, dużo, dużo lepiej. Numer Saw You Stand to już bardziej ta majestatyczna, pewna siebie i swoich umiejętności Greta Van Fleet, tu przywodząca ducha The Battle at Garden's Gate. Wraz z premierą zapowiedziany został album Palace for the People, zatytułowany tak gdyż, jak tłumaczy sam zespół, okazało się, że na jego koncertach powstało wyjątkowo dużo relacji i przyjaźni. Tym samym grupa zaczęła myśleć o swojej muzyce jako o "pałacu dla ludzi" i pod taką właśnie myślą pracowała nad wydawnictwem.
Jak to w każdej społeczności, subkulturze czy grupie, także i w tym pałacu każdy znajdzie coś dla siebie i coś, co przypadnie do gustu tylko części. Zacznijmy tym razem od tych gorszych momentów, a tym jest dla mnie - i to przez naprawdę większość tej płyty - wokal Josha Kiszki.
Jego głos jest charakterystyczny od zawsze, jednak na Palace for the People jest wyjątkowo dużo, zdecydowanie więcej, niż na poprzednich płytach, tego "skrzeku", który chyba na tym etapie życia mnie osobiście już absolutnie nie kręci. Play Your Games wypada tu zdecydowanie najgorzej, ale ten nieznośny wokal pojawia się też chociażby w Heart and the Beat. Bywa nawet, że jest on w stanie mi popsuć odbiór kawałka, który instrumentalnie to czyste piękno: patrz heavymetalowe Dreams You Hold.
Burzyć i budować
Tak, jak wyjątkowo mocno drażni mnie wokal, tak na płycie jest kilka utworów, do których wracam i które mocno mi się wbiły do głowy. Świetny singlowy Tear It Down to idealny początek płyty, z tym charakterystycznym refrenem i świetną partią gitary od Jake'a Kiszki. Błyszczy on także w przepięknym, nieco psychodelicznym, wyjętym żywcem z lat 60. Field of Stars. Numer, który zaczyna się od gry na akustyku, z pięknej ballady szybko staje się żywiołowym kawałkiem. W także świetnym Lost in the Golden za to wyróżnia się ze swoim basem Sam Kiszka. W tle cały czas pogrywa im Daniel Wagner, który, uważam, jest świetnym perkusistą. Wydaje mi się jednak, że bracia Kiszka trzymają go zbyt mocno z tyłu i nie pozwalają mu w pełni rozwinąć skrzydła - choć na Palace for the People wyraźnie słychać, że ma on na to straszną ochotę. Wystarczy posłuchać zamykającego cały album Born to This.
Najjaśniejszym punktem całego Palace for the People jest jednak właśnie Jake Kiszka. Niemal dziesięć lat po rozpoczęciu kariery imponująco rozwinął się on jako gitarzysta - dowodem na co jest także jego poboczny projekt, Mirador. Jego gra wyróżnia się w każdym utworze z płyty i sprawia, nawet z tak bardzo nie w stylu Grety Van Fleet Heya robi on coś ciekawego, przyciągającego uwagę. Solo w Born to This? Perła.
Jake jest świetny, Sam i Daniel tak samo - Josh również, o ile nie skrzeczy (nie potrafię tego inaczej nazwać) na siłę. Pomimo tego, że czuć, że Panowie przyłożyli do Palace for the People bardzo dużo pracy - w końcu był on zapowiadany jako najbardziej ambitny zespołu - to nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak The Battle at Garden's Gate, ani nie wciągnął tak, jak poprzedni. Wyraźnie słychać, że Greta Van Fleet skupiła się na warstwie muzycznej, pomijając nieco kwestię tekstów oraz aranżację wokalu. Nie mogę przestać myśleć o tym, że bardzo chciałabym posłuchać Palace for the People w wersji instrumentalnej. Wtedy byłby to dla mnie album roku, teraz jest po prostu kolejną płytą Grety Van Fleet, której cały czas czegoś brakuje, z którą naprawdę mocno musiałam się osłuchać. Chciałabym teraz ten zespół w wydaniu mniej majestatycznym, ostrym, zorientowanym na riffy Jake'a i bębny Daniela, z Joshem, którego wokal brzmi ostro - ale nie irytująco. Cały czas czekam.
Ogólna ocena albumu: 6/10