Był początek lat dziewięćdziesiątych, a oni brzmieli, jakby ktoś właśnie otworzył zakurzoną kapsułę czasu z roku 1972. W epoce flanelowych koszul, brudnych gitar i egzystencjalnego krzyku z Seattle, The Black Crowes pojawili się jak duchy minionej epoki. Mieli w sobie bezczelną nonszalancję The Rolling Stones, bluesową duszę Led Zeppelin i południowy luz The Allman Brothers Band. Na czele tej rockandrollowej krucjaty stał Chris Robinson – chudy, długowłosy frontman o głosie przesiąkniętym whisky i papierosowym dymem. Był kimś więcej niż wokalistą; był kapłanem religii, której bogowie nazywali się Jagger, Plant i Richards. I jak każdy gorliwy wyznawca, patrzył na otaczający go świat z mieszaniną pogardy i rozgoryczenia. Ta frustracja skraplała się w słowach, które rzucał w wywiadach, jakby chciał obudzić świat z letargu.
Ilu nowych gwiazdorów rocka pojawiło się, którzy mają w ogóle cokolwiek do powiedzenia? Tacy, o których chciałbyś wiedzieć, co myślą? Czy oni w ogóle myślą? Gdzie to wszystko zeszło na manowce?
To nie było pytanie retoryczne, a akt oskarżenia. Manifest człowieka, dla którego rock’n’roll nie był tylko zbiorem chwytliwych riffów, ale postawą, filozofią i sposobem na życie.
Czy rock’n’roll zgubił gdzieś swoją duszę?
Dla Robinsona i jego brata Richa, gitarzysty i współzałożyciela The Black Crowes, autentyczność była wszystkim. Wychowali się na płytach, które pachniały analogowym ciepłem, potem i ryzykiem. Słuchali artystów, którzy nie bali się być niebezpieczni, poetyccy, a czasem po prostu nieznośni. Gwiazda rocka w ich świecie była kimś na kształt wyroczni – postacią, której słowa ważyły tyle samo co grane przez nią nuty. Bunt nie był wizerunkowym zabiegiem, a treść nie była dodatkiem do chwytliwej melodii. To był fundament. Dlatego, gdy patrzył na scenę muzyczną lat 90. i późniejszych, widział głównie wydmuszki. Artystów skrojonych pod format MTV, produkty marketingowe opakowane w skórę i dżins, którzy odgrywali swoje role, ale nie mieli za nimi nic do ukrycia. Bo, jak sugerował, niczego tam nie było.
Jego frustracja brała się z przekonania, że zerwano święty pakt między artystą a publicznością. Pakt, który zakładał, że muzyka ma nie tylko bawić, ale też prowokować, zmuszać do myślenia, a czasem nawet ranić. The Black Crowes próbowali ten pakt podtrzymać przy życiu. Ich koncerty były chaotycznymi, improwizowanymi misteriami, a płyty – hołdem dla czasów, gdy album był spójną opowieścią, a nie zbiorem potencjalnych singli. Grali tak, jakby grunge nigdy się nie wydarzył, a punk rock był tylko chwilową anomalią w historii muzyki. Byli strażnikami starego porządku w świecie, który dawno znalazł sobie nowych bogów.
Chris Robinson: kaznodzieja rocka z papierosem w zębach
Trzeba przyznać, że Chris Robinson nigdy nie grzeszył skromnością. Od samego początku kreował się na ostatniego prawdziwego frontmana, spadkobiercę rockandrollowej arystokracji. Jego sceniczna persona była esencją tego, co w latach 70. definiowało ikonę rocka: był arogancki, charyzmatyczny, nieprzewidywalny i całkowicie pochłonięty własną wizją. Nie interesowały go kompromisy, nie dbał o trendy. W czasach, gdy artyści coraz częściej przybierali pozę zwykłych chłopaków z sąsiedztwa, on nosił się jak Mick Jagger na zakupach na King's Road. To była deklaracja, że bycie gwiazdą rocka to powołanie, a nie zawód.
Ta postawa przysparzała mu tyle samo wrogów, co fanów. Dla jednych był nieznośnym bufonem, odklejonym od rzeczywistości narcyzem, który próbuje wskrzesić trupa. Dla drugich – ostatnim sprawiedliwym w Sodomie i Gomorze popkultury. Kimś, kto miał odwagę powiedzieć głośno to, co wielu myślało po cichu: że rock stracił swoją intelektualną i duchową głębię, stając się bezpieczną, wykalkulowaną rozrywką. Jego słowa o braku myślących gwiazd były więc nie tylko złośliwością, ale i gorzkim podsumowaniem własnej walki o utrzymanie standardów w świecie, który dawno przestał się nimi przejmować.
Pokolenie bez pytań i bez odpowiedzi
Co tak naprawdę miał na myśli Robinson, pytając, „gdzie to wszystko zeszło na manowce”? Mówił o czymś więcej niż tylko o muzyce. Mówił o zaniku pewnej kultury. Kultury, w której artysta był głosem pokolenia, a jego teksty i wypowiedzi stawały się przedmiotem analiz i dyskusji. Gdzie podziali się nowi Dylanowie, Morrisonowie, Lennonowie – twórcy, których myśli rezonowały daleko poza listami przebojów? W jego diagnozie rock’n’roll przestał zadawać pytania, a zaczął dostarczać łatwych odpowiedzi. Zamiast lustra, w którym przeglądało się społeczeństwo, stał się tapetą – ładnym, ale pustym tłem dla codzienności.
Być może jego lament był tylko głosem człowieka, który urodził się o dekadę lub dwie za późno. Nostalgicznym westchnieniem za złotą erą, która nigdy nie miała wrócić. Ale trudno odmówić mu racji, że rola gwiazdy rocka uległa dewaluacji. Z niebezpiecznego wywrotowca i natchnionego poety zmieniła się w grzecznego celebrytę, influencera z gitarą, którego najważniejszym przesłaniem jest dbanie o własny wizerunek. Robinson, ze swoim staroświeckim etosem i bezkompromisową wiarą w moc rocka, stał na straży ruin dawnej świątyni. I z goryczą patrzył, jak na jej gruzach powstaje supermarket z muzyką.
Polecany artykuł: