Brian May nie miał wątpliwości. Wskazał gitarzystę, od którego reszta powinna się uczyć

2026-09-23 13:53

W epoce, w której mistrzowie gitary skupiali się na szybkości oraz potężnym wybrzmiewaniu, czołowy ze swoich czasów twórca muzyki rockowej skrywał własnego idola. Twórca znany ze swojego operowego zamachu złożył ukłon mistrzowi pojedynczej, idealnie wygranej nuty.

Gitarzysta Brian May śpiewa do mikrofonu podczas koncertu. O jego muzycznym idolu przeczytasz na EskaRock.
Autor: Raph_PH/ CC BY-SA 2.0

Wśród gitarzystów lat 70. panowały jasne zasady. Liczył się wolumen, prędkość i nonszalancja, z jaką traktowało się instrument zdolny wywoływać zbiorową histerię. Scena należała do tych, którzy potrafili zmieścić w jednej solówce więcej nut, niż mieściło się w głowie, którzy traktowali swoje sześć strun jak pole bitwy, a każdy koncert jak ostateczne starcie. Hałas i brawura były walutą, za którą kupowało się nieśmiertelność. To był świat Jimmy’ego Page’a, Ritchiego Blackmore’a i Jeffa Becka – tytanów, którzy zdefiniowali brzmienie dekady.

A jednak, gdy jeden z największych architektów tamtego brzmienia, człowiek odpowiedzialny za operowe harmonie i gitarę zbudowaną z kawałka kominka, mówił o swoim idolu, cała ta narracja kruszyła się w pył. Tą osobą był Brian May. Gitarzysta Queen, astrofizyk z doktoratem, który potrafił zaaranżować na gitarze cały jazz band, miał swojego cichego bohatera. I nie był to żaden z demonów prędkości ani scenicznych szamanów. Jego wybór padł na kogoś, kto wolał, by jego gitara płakała, niż krzyczała. W jednym z wywiadów May złożył hołd, który do dziś rezonuje w świecie rocka jako jeden z najpiękniejszych i najbardziej świadomych komplementów, jakie jeden wirtuoz mógł dać drugiemu:

George Harrison był naprawdę bajecznym, bajecznym, bajecznym gitarzystą i wspaniałym przykładem tego, kim powinien być gwiazdor rocka. Absolutnie podziwiałem go jako innowatora. Zawsze był świeży, odważny, wspaniale melodyjny, pełen duchowości i całkowicie świadomy struktury akordów pod solówką. Miał też odwagę grać prosto. Nigdy nie szukał schronienia w efektach ani nie próbował imponować szybkością. Mam nadzieję, że wiedział, jak bardzo wszyscy go kochaliśmy i szanowaliśmy.

Co tak naprawdę słyszał Brian May w grze cichego Beatlesa?

Słowa Maya to coś więcej niż kurtuazja. To klucz do zrozumienia, co odróżnia rzemiosło od sztuki. May, gitarzysta-intelektualista, który swoje solówki budował z precyzją architekta, dostrzegł w Harrisonie coś, co umykało wielu fanom rocka. Zauważył odwagę w prostocie. W czasach, gdy gitarzyści chowali się za ścianą efektów – fuzzów, flangerów i pedałów wah-wah – Harrison potrafił zagrać nutę tak czystą i tak perfekcyjnie umieszczoną w melodii, że stawała się ona ważniejsza niż cała kaskada dźwięków. To właśnie dlatego solówki w "Something" czy "While My Guitar Gently Weeps" nie zestarzały się ani o dzień. Nie ma w nich technicznej daty ważności. Jest tylko czysta emocja, zamknięta w idealnie dobranych frazach. Harrison nie musiał udowadniać, jak szybko potrafi przebierać palcami po gryfie. Jego geniusz polegał na tym, że wiedział, kiedy nie zagrać. Brian May, człowiek, który w "Bohemian Rhapsody" stworzył na gitarze całą orkiestrę, rozumiał to jak nikt inny. Podziwiał kogoś, kto był jego absolutnym przeciwieństwem, a jednocześnie mistrzem eleganckiej prostoty, do której sam May, ze swoją skłonnością do barokowego rozmachu, być może podświadomie aspirował.

Lekcja pokory w rockowym widowiskowym chaosie 

Jest w tej relacji jeszcze jeden, głębszy wymiar. Zarówno Harrison, jak i May znali smak bycia genialnym muzykiem w zespole zdominowanym przez charyzmatyczne, niemal nadludzkie osobowości. George przez lata toczył cichą batalię o swoje miejsce w kompozytorskim duecie Lennon-McCartney. Jego piosenki, często te najbardziej dojrzałe i melodyjne, musiały walczyć o każdy centymetr miejsca na płytach The Beatles. Podobnie Brian May, choć był autorem tak potężnych hymnów jak "We Will Rock You" czy "The Show Must Go On", zawsze funkcjonował w orbicie Freddiego Mercury'ego – wulkanu energii i scenicznego geniuszu, którego nie dało się przyćmić. Obaj nie musieli być na froncie, by kształtować historię. Znaleźli swoją siłę w roli sonicznych architektów, którzy nadawali swoim zespołom unikalny charakter. Harrison wprowadził do rocka duchowość i brzmienia Wschodu. May – operową dramaturgię i naukowe podejście do harmonii. Być może to właśnie to wspólne doświadczenie – bycia filarem, a niekoniecznie fasadą – pozwoliło Mayowi dostrzec w Harrisonie bratnią duszę. Zobaczył w nim nie tylko gitarzystę, ale człowieka, który w warunkach ogromnej presji i wewnętrznej rywalizacji potrafił zachować muzyczną integralność i podążać własną, nieefekciarską ścieżką.

Melodia, która zostaje w uszach dłużej niż hałas

Słowa Maya o Harrisonie przypominają o czymś bardzo ważnym. Rock and roll to nie zawody sportowe. Szybkość oraz donośność szybko przemijają, a techniczne pokazy zachwycające obecnie, już jutro okazują się jedynie przestarzałą sztuczką. Trwałość zachowuje wyłącznie doskonale skomponowana melodia. Skromna, zagrana z uczuciem fraza jest w stanie przekazać więcej niż tysiące nut odegranych w ciągu sekundy. George Harrison opanował tę sztukę do perfekcji. Brian May, reprezentujący odmienne podejście do gry na gitarze, złożył mu wyjątkowy hołd – nie z pozycji fana, lecz jako dorównujący mu twórca, który pojął, że w świecie muzyki, podobnie jak we wszechświecie, potężna moc kryje się niekiedy w pauzie między tonami.

Galeria: Brian May - 7 najlepszych utworów, które muzyk napisał dla Queen

Brian May o zakończeniu scenicznej działalności przez Aerosmith: „Łzy w oczach”