Andy Biersack wskazał na Alice Coopera i KISS. Wyjaśnił, dlaczego ich makijaż stał się jego zbroją

2026-09-15 9:05

Gdy Andy Biersack sięgał po czarną kredkę, nie myślał o naśladowaniu KISS czy The Misfits. Próbował zbudować tarczę, której potrzebował od dawna. To opowieść o tym, jak dziedzictwo rockowych bogów staje się ostatnią deską ratunku dla pokolenia wyrzutków.

Andy Biersack
Autor: By Andy_Six_Biersack_BVB.jpg: https://www.flickr.com/photos/aleyshakayphotography/derivative work: Renegade Mons†er - Andy_Six_Biersack_BVB.jpg, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?cu/ CC BY-SA 2.0

Scena rockowa od zawsze kochała maski. Nie tylko te dosłowne, z lateksu i skóry, ale też te malowane na twarzy, budowane z gestów, póz i niedopowiedzeń. Spektakl był równie ważny jak muzyka, a czasem stawał się nawet ważniejszy. Kreacja, wizerunek, mit – to one odróżniały zwykłego grajka od ikony, która potrafiła zawładnąć wyobraźnią milionów. W tym panteonie bogów i potworów każdy nowy artysta musiał znaleźć swoje miejsce, świadomie lub nie, sięgając do spuścizny poprzedników. Andy Biersack, lider Black Veil Brides, ujął to kiedyś w prostych, ale trafnych słowach, tłumacząc fenomen własnego zespołu.

Nie sądzę, żebyśmy na samym początku usiedli i powiedzieli: „hej, bądźmy zespołem, który nosi makijaż”. Myślę, że przyszło to do nas naturalnie. Dorastaliśmy, kochając wykonawców takich jak Alice Cooper, Kiss, The Misfits i inne bardziej teatralne rzeczy. Zawsze kochałem gwiazdy rocka. Uwielbiałem Davida Bowiego i Freddiego Mercury'ego – ludzi, którzy byli postaciami wykraczającymi poza przeciętność i ikonicznymi. Myślę, że to właśnie zawsze chcieliśmy robić.

Ta wypowiedź to coś więcej niż tylko lista inspiracji. To swoista mapa rock’n’rollowej genealogii, dowód na to, że w tej muzyce nic nie bierze się znikąd. Każdy bunt ma swoich ojców założycieli, a każda maska jest odbiciem tych, które noszono wcześniej.

Jak rock'n'roll nauczył się straszyć i błyszczeć?

Wszystko zaczęło się w mroku, z którego wypełzł Vincent Furnier, by przeistoczyć się w Alice Coopera – upiornego mistrza ceremonii z gilotyną w scenicznym arsenale. To on jako jeden z pierwszych zrozumiał, że rockowy koncert może być horrorem, makabrycznym cyrkiem, w którym boa dusiciel jest równie ważnym członkiem zespołu co gitarzysta. Cooper uczynił z rocka teatr absurdu i grozy, szokując i jednocześnie fascynując publiczność. Jego pomalowana twarz nie była ozdobą, lecz manifestem – znakiem scenicznym, który oddzielał go od nudnej rzeczywistości.

Kilka lat później na scenę weszli jego bardziej krzykliwi i komercyjnie zmyślni spadkobiercy. Jeśli Cooper był reżyserem horroru klasy B, to KISS wyprodukowali komiksowy blockbuster. Gene Simmons jako Demon, Paul Stanley jako Gwiezdne Dziecko – to nie byli już tylko muzycy, ale superbohaterowie rocka. Ich makijaż był zbroją, a koncerty pirotechnicznym widowiskiem na niespotykaną skalę. Stworzyli imperium, w którym wizerunek był produktem, a fani – armią. To oni udowodnili, że rock’n’roll może być franczyzą, marką, stylem życia sprzedawanym w milionach egzemplarzy.

A gdzieś obok, w undergroundowych czeluściach, swój własny horror punkowy mit tworzyli The Misfits. Byli brudni, surowi i znacznie bardziej niebezpieczni. Ich fascynacja tanimi filmami grozy i estetyką DIY nadała teatralności zupełnie nowy, garażowy wymiar. Bez milionów dolarów na produkcję, za to z potężną dawką punkowej energii, pokazali, że aby stworzyć kult, nie potrzeba stadionów – wystarczy mroczna legenda i charakterystyczny "devilock".

Skąd więc wziął się Andy Biersack i jego plemię wyrzutków?

Cofnijmy się do Cincinnati, do katolickiej szkoły, w której nastoletni Andy Biersack czuł się jak kosmita. Był inny, słuchał innej muzyki, ubierał się inaczej. Jak sam przyznawał, stał się celem dla szkolnych dręczycieli. I właśnie wtedy te wszystkie postaci z panteonu rocka stały się czymś więcej niż tylko idolami z plakatów. Stały się schronieniem. Makijaż KISS i horror punk The Misfits były dla niego uniformem, tarczą chroniącą przed światem, który nie potrafił go zrozumieć. To doświadczenie stało się później paliwem dla całej twórczości Black Veil Brides, czego kulminacją był teledysk do "Knives and Pens" – niemal dokumentalny zapis tamtych czasów.

Jego zespół nie był więc wynikiem marketingowej burzy mózgów. Był naturalną konsekwencją dorastania w poczuciu odrzucenia i odnalezienia siły w muzyce, która celebrowała inność. Black Veil Brides dali głos całemu pokoleniu dzieciaków, które czuły się podobnie. Ich makijaż, czarne stroje i długie włosy były manifestem przynależności do plemienia wyrzutków, którzy znaleźli w rocku swoją rodzinę.

A co, jeśli chodzi o coś więcej niż tylko makijaż i strach?

Biersack w swojej wyliczance sięga jednak głębiej, wskazując na dwie postacie, które wyniosły rockową kreację na poziom sztuki wysokiej. David Bowie i Freddie Mercury. Tu nie chodziło już tylko o szokowanie czy budowanie komiksowej tożsamości. Chodziło o przekroczenie granic tego, kim może być artysta. Bowie był kameleonem, przybyszem z kosmosu, który co kilka lat porzucał starą skórę, by narodzić się na nowo. Ziggy Stardust, Thin White Duke – to nie były maski, to były kompletne, żyjące byty artystyczne. Bowie udowodnił, że gwiazda rocka nie musi być autentyczna w potocznym rozumieniu tego słowa. Jej największą autentycznością może być właśnie nieustanna kreacja.

Freddie Mercury z kolei był ucieleśnieniem charyzmy w jej najczystszej postaci. Jego teatralność nie polegała na kostiumie potwora, ale na królewskiej pozie, operowym rozmachu i absolutnej kontroli nad tłumem. Nie musiał chować się za makijażem, bo jego osobowość sceniczna była tak potężna, że sama w sobie stawała się zjawiskiem. Był, jak to ujął Biersack, postacią „wykraczającą poza przeciętność”. Był dowodem na to, że na scenie można stać się bogiem, nawet jeśli na co dzień jest się tylko śmiertelnikiem.

I to właśnie w tym pragnieniu bycia „większym niż życie” kryje się cała prawda o rock’n’rollowej masce. Niezależnie od tego, czy jest to twarz upiora, demona, czy androgynicznego kosmity, jej cel jest zawsze ten sam: uciec od banału. Stworzyć legendę, która przetrwa dłużej niż muzyka. Bo w rock’n’rollu nigdy nie chodziło tylko o piosenki. Chodziło o mit, a ten wymagał twarzy, której nie da się zapomnieć.

Afera w Hotelu Paradise 13. Michał p​​rzesadził

Galeria: Göteborg Brinner – celebracja muzyki, łzy wzruszenia i ogromny sukces In Flames