Spis treści
Już pod koniec czerwca po raz drugi w tym roku wrócimy do krainy Westeros, jednakże o ile "Rycerz Siedmiu Królestw" był kameralną, lekką opowiastką, której twórca dwoił się i troił, by ukryć braki budżetowe, w trzecim sezonie "Rodu smoka" już od pierwszych minut czuć rozmach i piniondz. Ryan Condal, showrunner, naobiecywał nam, że nudy wreszcie się skończą, trup ścielić się będzie gęsto, a akcja w nowych odcinkach rozkręci się "bardzo, bardzo szybko". O dziwo nie były to czcze przechwałki, a szczera prawda.
"Ród smoka", 3. sezon - recenzja odcinków 1-4
Krytykując drugi sezon "Rodu smoka" pisałam: "Finał 'Gry o tron' może i był idiotyczny, klejony na ślinę i rozczarowujący, ale chociaż był rozrywką. Drugi sezon 'Rodu smoka' był do tego zwyczajnie nudny". I o ile uważałam Ryana Condala za człowieka wybitnie odpornego na krytykę i dostrzeganie własnych błędów, o tyle po seansie pierwszych czterech odcinków nowego sezonu dochodzę do wniosku, że naprawdę wziął sobie do serca zarzuty fanów. A przynajmniej ich część. Największa bolączka "Rodu smoka", jaką była wszechobecna nuda, wreszcie przeszła do historii, a trzeci sezon dowozi emocjonalnie tak, jak powinien. Scenariusz jest zdecydowanie lepszy, każda rozmowa do czegoś prowadzi, bohaterowie nie ględzą w kółko o tym samym, a jak w ich umysłach zrodzi się jakiś pomysł, to z miejsca przechodzą do jego realizacji. Naprawdę nie można było tak od razu?
Akcja trzeciego sezonu "Rodu smoka" rusza tuż po wydarzeniach z poprzednika. Rhaenyra (Emma D'Arcy) dogadała się z Alicent (Olivia Cooke), że ta otworzy jej bramy Królewskiej Przystani, Aegon (Tom Glynn-Carney) dał nogę, Daemon (Matt Smith) zebrał wreszcie armię Dorzeczaków i poprowadził ją do bitwy (której niestety nie widzimy, ale nie można mieć wszystkiego), a Triarchia nadciąga do Westeros, by położyć kres potędze rodu Velaryonów. I to właśnie ten ostatni wątek jest w pierwszym odcinku najistotniejszy, obserwujemy bowiem trwającą niespełna półgodziny, szumnie zapowiadaną Bitwę w Gardzieli, do której realizacji Ryan ściągnął samego Kevina de la Noya. Człowiek, który przed laty pomógł Jamesowi Cameronowi zatopić Titanica, teraz czuwał nad jedną z największych bitew morskich w historii Westeros - i czuć tu jego "rękę", zwłaszcza w jednej scenie, którą osobiście uważam za delikatny hołd dla feralnego transatlantyku (jak obejrzycie odcinek, od razu wyłapiecie, o którą scenę chodzi).
Gardziel nie zawodzi i robi piorunujące wrażenie, niemniej nazywanie jej "najbardziej szalonym odcinkiem, jaki kiedykolwiek nakręcono" (a o takowe stwierdzenie pokusił się Ryan) uważam za delikatną przesadę. Realizacyjnie nie ma się do czego przyczepić, emocjonalnie "trzepie, jak powinna", niemniej nasz polski "Heweliusz" zachwycił mnie znacznie bardziej. Nawet w obrębie samego uniwersum "Gry o tron" Bitwa w Gardzieli przegrywa starcie z Bitwą o Czarny Zamek (jeśli chodzi o emocjonalną stawkę) i, wprawdzie nieskończenie głupią, ale piekielnie dobrze zrealizowaną, Bitwą Bękartów. Także jest naprawdę dobrze, ale nie aż tak spektakularnie, jak moglibyśmy oczekiwać po tych wszystkich zapowiedziach.
"Ród smoka" znów dowodzi, że potrafi być lepszy niż książka
Teraz przejdźmy do najbardziej problematycznej i kontrowersyjnej kwestii - zgodności z pierwowzorem. Kto czyta moje teksty ten wie, że jestem pierwsza do krytykowania Ryana Condala za irracjonalne zmiany, które poczynił w fabule, ale żebyśmy mieli jasność - nigdy nie czepiam się o zmiany same w sobie. Należę bowiem do grona osób wychodzących z założenia, że jakbym chciała prześledzić dokładnie tę samą historię, to po prostu jeszcze raz przeczytałabym książkę. Adaptacja nie musi wiernie trzymać się pierwowzoru, jakby od tego zależały losy świata - ba, nawet nie powinna. Pewne zmiany są wskazane, a nawet konieczne. Sęk jednak w tym, że niektóre wymysły Ryana Condala urągają zdrowemu rozsądkowi, a swoją "interpretacją" postaci Alicent i Rhaenyry dał się poznać jako mizogin, któremu wydaje się, że jest feministą. Ponadto, z rozmaitych wypowiedzi zarówno jego samego, jak i George'a R. R. Martina wynika, że nie na to się panowie umawiali, a obok tak rażącego braku szacunku trudno mi przejść obojętnie. NIEMNIEJ, czas wreszcie pogodzić się z faktem, że "Rodowi smoka" bliżej do fanfiction niż, nawet luźnej, adaptacji i przestać narzekać w kółko na to samo. Zwłaszcza, że w trzecim sezonie powodów do narzekania jest - w mojej opinii - niewiele.
Krytyka krytyką, ale faktem jest, że już w pierwszych dwóch sezonach Ryan Condal miał kilka dobrych pomysłów, co przyznał zresztą sam George, zachwalając konstrukcję postaci Viserysa Targaryena (Paddy Considine). Osobiście dorzuciłabym do tego zestawu Aemonda Jednookiego (Ewan Mitchell), a teraz też granego przez Jamesa Nortona Ormunda Hightowera. Kuzyn Alicent i lord Starego Miasta to bohater, któremu w "Rodzie smoka" nadano znacznie więcej głębi i charakteru, co akurat nie było szczególnie trudnym zadaniem, gdyż książkowy Ormund to jedna z tych postaci, przy których George dał z siebie całe 7%. Ryan postanowił mocno zmodyfikować wątek armii Hightowerów, co, jestem absolutnie pewna, rozwścieczy niejednego fana książek. Osobiście uważam to jednak za dobrą zmianę, która pozytywnie rokuje na przyszłość, nawet jeśli początkowo opiera się na absolutnie kuriozalnej wolcie fabularnej - ale jest ona na tyle śmieszna w swej głupocie, że wybaczam.
Do grona pozytywnych zmian zaliczam również wątek Smoczych Nasion, w tym przede wszystkim Ulfa Białego (Tom Bennett), który w "Ogniu i krwi" był postacią niemal całkowicie zbędną i Ryan bez problemu mógł go po prostu pominąć, tudzież miksować z Hugh Hammerem (Kieran Bew), postanowił jednak nadać mu niemal zupełnie inny charakter (zachował chyba tylko słabość do mocnych trunków i brak ogłady) i w efekcie nie straciliśmy Srebrnoskrzydłej, a i dostaliśmy niemalże nową postać, która nieco rozładowuje napięcie swoim prostackim humorem. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wycięcie postaci Nettles i zastąpienie jej Rhaeną (Phoebe Campbell) również było słusznym posunięciem, przynajmniej pod względem dramaturgicznym, ale w tym przypadku czekam jednak na dalszy rozwód wydarzeń, bo jeszcze mogą to sknocić.
3. sezon "Rodu smoka" ma swoje bolączki, ale pozytywnie zaskakuje
Oczywiście nie wszystkie zmiany uważam za słuszne, a niektórych postaci nie da się już uratować - Alicent wprawdzie mniej irytuje i odzyskała trochę charakteru, niesmak jednak pozostał. W trzecim sezonie pojawiają się też głupotki fabularne i sceny całkowicie zbędne, ale są to pojedyncze przypadki. Prawdziwym zawodem okazał się dla mnie chyba tylko Daeron Targaryen, ale tu nie mogę podać konkretów ze względu na bezspoilerowy charakter recenzji.
Ucieszy was wieść, że Daemon wreszcie wylazł z tego przeklętego Harrenhal, wziął się do roboty i znów przypomina Łotrzyka, w którym widzowie zakochali się w pierwszym sezonie, a Rhaenyra WRESZCIE przestała smęcić i zyskała namiastkę swego książkowego charakteru. Emma D'Arcy sprawdza się w tej roli znakomicie, co rusz pokazując nam różne oblicza królowej - od sfrustrowanej kobiety, przez zrozpaczoną matkę, po nieudolną, wyczerpaną psychicznie władczynię. Co więcej, odcinek konceptualny, którego tak obawiali się fani, to jeden z najlepszych, jakich doczekał się ten serial, co jest zasługą nie tylko znienawidzonej przez fandom Sary Hess, która go napisała, ale też, a raczej przede wszystkim, reżyserującej Clare Kilner i Ramina Djawadiego, który znów jest w szczytowej formie i przypomniał sobie, że umie skomponować coś innego niż 2137 wariacji "Light of the Seven". Muzyka perfekcyjnie spełnia swoje zadanie, nadając Bitwie w Gardzieli odpowiedniej grozy i epickości, ale też budując napięcie i poczucie narastającej paranoi w tych bardziej przyziemnych momentach. Brawo panie Djawadi, miło mi znów pana chwalić.
"Ród smoka" - ocena 3. sezonu
Kończąc wspomnę jeszcze o smokach, bo pełnoprawny debiut zalicza tu moja ulubienica Tessarion, która wprawdzie nie jest tak kobaltowa, jakbym sobie tego życzyła, niemniej jedną krótką sceną zdołali zarysować jej charakter "jestem mała, ale jak ci przywalę to się zdziwisz", więc finalnie jestem zadowolona. Na pochwałę zasługuje też Owcokrad, który nie tylko wygląda, ale też porusza się i zachowuje jak na dzikiego smoka przystało.
Reasumując, trzeci sezon "Rodu smoka" spełnia obietnice twórcy i rozkręca się bardzo szybko. Ryan snuje tu już własną opowieść, ale wyciągnął trochę wniosków, kilka razy puszcza oczko do fanów książek (tak, pada kultowy cytat pewnego pana z dalekiej Północy, a jedna z kluczowych scen wygląda jak hołd dla popularnego fanartu) i bawi się naszymi oczekiwaniami, kilkakrotnie igrając z uczuciami odbiorców. Pojawia się też trochę lżejszych, bardziej humorystycznych scen, wygląda więc na to, że "Ród smoka" wreszcie trochę zluzował i przestał traktować siebie tak śmiertelnie poważnie. I wszystkim zaczytującym się w twórczości George'a R. R. Martina kamratom radzę zrobić to samo. Przestańmy drzeć szaty przy każdym odstępstwie od fabuły, bo "inny" nie musi z gruntu oznaczać "gorszy", i traktujmy "Ród smoka" jak czystą rozrywkę i wariację na temat tego, co znamy z "Ognia i krwi". Może się wówczas okazać, że będziemy się przy tym dobrze bawić, a koniec końców to przecież o to w tym wszystkim chodzi. Po obejrzeniu czterech odcinków, trzeci sezon "Rodu smoka" oceniam na mocne 8/10, ale z tego miejsca przypominam, że początek sezonu drugiego również mi się podobał, a później nadeszła istna gehenna. Miejcie to zatem na uwadze, ale bądźmy dobrej myśli - i do przeczytania w spoilerowej recenzji po emisji całego sezonu.
PRZECZYTAJ TEŻ: "Proud" to polska "Euforia"? Twórca objaśnia nam podobieństwa i różnice
Źródło: "Ród smoka". 3. sezon bywa lepszy niż książka. Recenzja odcinków 1-4
