Spis treści
W 2024 roku o "Matkach Pingwinów" mówili wszyscy. Serial zrodzony z pomysłu Klary Kochańskiej-Bajon, oparty zresztą na jej osobistych doświadczeniach, urzekał nieszablonowymi bohaterami i ogromem wrażliwości w podejmowaniu jakże trudnego tematu realiów życia dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności oraz ich rodziców (przede wszystkim matek). Nie uniknął jednak krytyki.
"Matki Pingwinów" powróciły. Nowe odcinki już w Netflixie
Serialowi Netflixa zarzucano brak realizmu, naiwność oraz skupianie się wyłącznie na (względnie) dobrze sytuowanych rodzinach z wielkich miast. Uważam, że krytyka ta była jak najbardziej zasadna, a nowe odcinki powielają błędy poprzednich. Nie uważam jednak, by rzeczone przywary były jakoś szczególnie istotne i odbierały przyjemność z oglądania - zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż "Matki Pingwinów" to nie dokument, a serial fabularny, zatem realizm nie winien być tu szczególnym priorytetem. Zwłaszcza, gdy produkcja broni się na każdym innym polu, zwłaszcza fabularnym i aktorskim - tu prym ponownie wiedzie Magdalena Różczka w roli Tatiany, ale to Barbara Wypych ma w drugim sezonie najwięcej do grania i szans na zaprezentowanie swych umiejętności, zarówno dramatycznych, jak i komediowych.
"Nowym nabytkiem" obsadowym jest z kolei Mateusz Damięcki w roli Pawła, nowego partnera Kamy (Masza Wągrocka) który jako zagubiony, acz wiecznie święcie przekonany o własnej racji, ojciec dorastającej dziewczynki (bardzo dobra rola młodziutkiej Toli Hołub) sprawdza się doskonale. Uważam zresztą, że wątek ich patchworkowej rodziny, ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami, jest tym bezkonkurencyjnie najciekawszym (choć moje serce wciąż najbardziej raduje się, ilekroć na ekranie pojawia się grany przez Maksymiliana Młodawskiego Michał).
"Matki Pingwinów" - czy warto obejrzeć nowe odcinki?
Nie będę wam tu streszczać fabuły drugiego sezonu, bo skoro czytacie tę recenzję, zakładam, że macie w planach seans. Nadmienię tylko, że opowieść, na całe szczęście, nie stoi tu w miejscu. W nowych odcinkach znajdziemy jakże istotne wątki dotyczące rozpadu rodzin; zarówno poprzez rozwód jak i śmierć jednego z rodziców; bolączek zdrowego rodzeństwa tytułowych pingwinów oraz seksualności dzieci oraz nastolatków z orzeczeniami. Jedną z największych zalet "Matek Pingwinów", która w tym sezonie wybrzmiewa jeszcze bardziej, jest uniwersalność tej opowieści, traktuje ona bowiem o problemach, z którymi mierzą się absolutnie wszystkie rodziny. Serial nie kreuje też rzeczywistości w czarno-białych barwach i świetnie unika klisz oraz stereotypów w kwestii prowadzenia postaci. Bohaterowie to ludzie z krwi i kości, którzy zaliczają wzloty i upadki, popełniają błędy i raz wyciągają z nich wnioski, a raz idą w zaparte tylko pogarszając sytuację (a czasem nawet zdarza się, że koniec końców mają trochę racji). Twórczynie co rusz zaskakują nas kierunkiem, w którym prowadzą swych "podopiecznych", przyglądając im się, ale nigdy nie bawiąc się w osądy.
Reasumując, drugi sezon "Matek Pingwinów" to bardzo udany powrót i dowód na to, że serial Netflixa ma nam jeszcze wiele wartościowych rzeczy do powiedzenia. W mojej skromnej opinii nowe odcinki nie tyle utrzymują poziom poprzedników, co właściwie go przebijają. Oby tak dalej i czekam na trzecią odsłonę.
CZYTAJ TEŻ: Co oglądać w długie jesienne wieczory? Oto 16 seriali idealnych na tę okazję
Źródło: "Matki Pingwinów" powracają do Netflixa. Czy 2. sezon utrzymuje poziom poprzednika? - RECENZJA