Kradzież zwłok i płomienie na pustyni: Najdziwniejszy pogrzeb w historii rocka
Są w historii rock'n'rolla momenty, które brzmią jak scenariusz szalonego filmu, a to, co wydarzyło się 20 września 1973 roku, z pewnością należy do tej kategorii. Zaledwie dzień po śmierci Grama Parsonsa, pioniera country-rocka, jego menadżer Phil Kaufman wraz z kumplem Michaelem Martinem postanowili zagrać ostatni, brawurowy numer. Wykradli trumnę z ciałem muzyka prosto z płyty międzynarodowego lotniska w Los Angeles. Udając pracowników firmy pogrzebowej, przejęli drogocenny ładunek i ruszyli w pył pustyni, wprost do Joshua Tree National Monument. Tam, przy majestatycznej formacji skalnej Cap Rock, oblali trumnę benzyną i podpalili, wypełniając obietnicę złożoną zmarłemu przyjacielowi. Płomienie strzelające w nocne niebo stały się makabrycznym, ale i legendarnym pomnikiem dla artysty, który żył i umierał na własnych, niepodrabialnych zasadach.
"Spal mnie w Joshua Tree". Obietnica, która doprowadziła do kradzieży zwłok
Iskra zapalna dla tego szaleńczego planu pojawiła się zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w lipcu 1973 roku. Parsons i Kaufman wybrali się na pogrzeb Clarence'a White'a, byłego gitarzysty The Byrds, gdzie ponura i formalna ceremonia głęboko poruszyła Parsonsa. To właśnie wtedy miał rzucić do Kaufmana słowa, które stały się testamentem:
Nie pozwól, aby przytrafił mi się taki pogrzeb.
W ten sposób zawarli pakt, w którym ten, kto przeżyje, skremuje drugiego w ich ulubionym miejscu na ziemi, na pustyni Joshua Tree. Gdy 19 września Parsons zgasł w pokoju numer 8 w Joshua Tree Inn po przedawkowaniu morfiny i alkoholu, Kaufman potraktował tę umowę ze śmiertelną powagą. Rodzina artysty planowała tradycyjny pochówek w Luizjanie, zaprzeczając istnieniu jakiejkolwiek ostatniej woli, ale menadżer miał zamiar dochować wierności braterskiej przysiędze, a nie konwenansom.
Ukradli zwłoki Parsonsa, a dostali mandat za... trumnę. Jak to możliwe?
Sama ucieczka z lotniska przypominała sceny z komedii pomyłek. Kaufman i Martin zaliczyli nawet stłuczkę, ale zdołali umknąć z cennym ładunkiem. Po dokonaniu paktu, który okazał się niekompletną kremacją pozostawiającą po sobie około 35 funtów szczątków, sprawcy zostali szybko namierzeni i aresztowani. Ich sprawa stała się medialną sensacją, którą policja z przymrużeniem oka ochrzciła mianem „Gram Theft Parsons”, co było grą słów nawiązującą do kradzieży aut. Proces okazał się prawnym kuriozum, ponieważ kalifornijskie prawo nie przewidywało wówczas kary za kradzież zwłok. Karalne było jedynie przywłaszczenie trumny. Jakby tego było mało, przesłuchanie w sądzie odbyło się 6 listopada 1973 roku, dokładnie w dniu 27. urodzin Parsonsa, co tylko dopisało kolejny, gorzko-symboliczny wers do tej historii.
Zamiast poważnych zarzutów o zbezczeszczenie zwłok, Kaufman i Martin zostali skazani jedynie za wykroczenie. Sąd nałożył na każdego z nich grzywnę w wysokości 300 dolarów, a dodatkowo nakazał zapłatę 708 dolarów odszkodowania za spaloną trumnę. Kaufman, człowiek czynu, zorganizował koncert charytatywny „Kaufman’s Koffin Kaper Koncert”, aby pokryć koszty prawnej awantury. Po całej aferze wrócił do gry jako menadżer, współpracując z takimi gigantami jak The Rolling Stones czy Frank Zappa. Swoje wspomnienia, w tym szczegółowy opis porwania ciała przyjaciela, zawarł w autobiografii „Road Mangler Deluxe”.
Dlaczego Joshua Tree to prawdziwy grób Grama Parsonsa, choć leży gdzie indziej?
Choć szczątki Grama Parsonsa ostatecznie spoczęły na cmentarzu w Luizjanie, zgodnie z wolą jego rodziny, to właśnie akt desperackiej lojalności Phila Kaufmana na zawsze zdefiniował jego pośmiertny mit. Ta historia, która stała się kanwą dla filmu „Grand Theft Parsons” z 2003 roku, do dziś rozpala wyobraźnię fanów rocka. Oficjalne miejsce pochówku leży tysiące kilometrów dalej, ale dla wielu prawdziwym grobem muzyka na zawsze pozostanie surowy krajobraz pustyni Joshua Tree. To właśnie tam, pośród ognia i piasku, jego duch został uwolniony, grając swój ostatni, nieśmiertelny koncert.