Od zimnej wojny do hipisowskiej rewolucji
W 1953 roku dyrektor CIA Allen Dulles zatwierdził supertajny program badawczy o nazwie MKUltra. Amerykańscy agenci, sparaliżowani strachem przed sowieckimi technikami prania mózgu, postanowili znaleźć własne serum prawdy. Wybór padł na LSD, czyli substancję zsyntetyzowaną kilkanaście lat wcześniej w szwajcarskim laboratorium Sandoz. CIA próbowało nawet wykupić cały światowy zapas tego środka, co oznaczało około 10 kilogramów czystego kwasu lizergowego. Taka ilość wystarczyłaby do odurzenia 100 milionów ludzi, ale wywiad potrzebował jej do testów, które miały sprawdzić, czy narkotyk może służyć jako broń paraliżująca umysł wroga.
Jak CIA kupiło zapas LSD dla całego świata
Ponieważ agencja nie mogła oficjalnie prowadzić takich badań, wykorzystano fasadowe organizacje, które przekazywały granty znanym uniwersytetom i szpitalom psychiatrycznym. Placówki te, między innymi Harvard czy Stanford, szukały ochotników do rzekomych badań medycznych, płacąc im za przyjmowanie nieznanych substancji. W ten sposób rząd USA stał się największym dilerem narkotyków w historii, całkowicie nieświadomie finansując fundamenty pod nadchodzącą rewolucję obyczajową lat 60. XX wieku.
Pisarz i tekściarz w roli królików doświadczalnych. Początki Kena Keseya i Roberta Huntera
Jednym z pierwszych ochotników, którzy zgłosili się na płatne testy w szpitalu w Menlo Park, był Ken Kesey, młody student kreatywnego pisania. Za 75 dolarów za sesję przyjmował pod okiem lekarzy LSD, psylocybinę oraz meskalinę. Doświadczenia te tak silnie na niego wpłynęły, że zainspirowały go do napisania słynnej powieści "Lot nad kukułczym gniazdem". Kesey szybko zrozumiał, że substancja ta nie służy do kontroli, lecz do wyzwalania umysłu. Pracując jako nocny salowy, zaczął wykradać zapasy narkotyku z laboratoryjnych apteczek i rozdawać je swoim znajomym z artystycznej bohemy, wierząc, że każdy powinien przeżyć to, co on.
W podobnym czasie na Uniwersytecie Stanforda w eksperymentach brał udział Robert Hunter, który później został głównym tekściarzem zespołu Grateful Dead. Hunter podczas sesji opisywał swoje wizje na maszynie do pisania, tworząc zalążki poetyckiego stylu, który później zdefiniował psychodelicznego rocka. To on wprowadził w ten świat swojego przyjaciela, gitarzystę Jerry’ego Garcii. Obaj artyści nie mieli wtedy pojęcia, że ich mistyczne doświadczenia są finansowane z budżetu państwowego wywiadu, który chciał ich zmienić w posłuszne narzędzia systemu.
Acid Tests i narodziny Grateful Dead. Muzyka, która musiała trwać tyle co narkotykowy trip
Ken Kesey wraz ze swoją grupą przyjaciół zaczął organizować w Kalifornii legendarne imprezy znane jako "Acid Tests" (Testy Kwasowe). Uczestnikom podawano napój Kool-Aid z dużą dawką skradzionego z laboratoriów kwasu, a oprawę muzyczną zapewniał lokalny zespół The Warlocks. Muzycy, w tym Jerry Garcia i Bob Weir, grali pod wpływem substancji, co zmusiło ich do porzucenia tradycyjnych schematów. Szybko zmienili nazwę na Grateful Dead i zaczęli tworzyć coś, czego radio wcześniej nie znało. Zamiast krótkich, trzyminutowych piosenek, kapela grała wielogodzinne, improwizowane bloki dźwięków, które dopasowywały się do tempa narkotykowych wizji słuchaczy.
LSD całkowicie zniszczyło w muzykach poczucie klasycznego rytmu i struktury utworu. Na scenie zaczęli stosować sprzężenia zwrotne, atonalne dźwięki i improwizacje trwające nawet 40 minut, co dało początek nurtowi jam bandów. Tak narodził się psychodeliczny rock, w którym nie liczył się hit na liście przebojów, ale wspólne przeżycie transu między zespołem a publicznością. Wszystko to działo się dzięki rządowym substancjom, które pierwotnie miały służyć do przesłuchań szpiegów.
Ściana dźwięku i chemik w trasie. Technologiczna rewolucja Owsleya Stanleya
Kiedy zapasy kwasu skradzione z rządowych laboratoriów zaczęły się kończyć, na scenie pojawił się Owsley Stanley, znany jako "Bear". Był to genialny chemik-samouk, który wykorzystał popyt stworzony niechcący przez CIA i wyprodukował ponad milion dawek najczystszego LSD. Stanley stał się nie tylko dostawcą, ale też inżynierem dźwięku Grateful Dead. Zauważył on, że pod wpływem psychodelików ludzie słyszą znacznie więcej detali, a ówczesne systemy nagłośnieniowe po prostu sobie z tym nie radzą i oferują zbyt słabą jakość dźwięku.
Zawsze musimy dziękować CIA i wojsku za LSD. To oni wynaleźli LSD, żeby kontrolować ludzi, a to dało nam wolność – stwierdził John Lennon w jednym z wywiadów, komentując ten historyczny paradoks
Dążenie Stanleya do perfekcji dźwiękowej doprowadziło do zbudowania w latach 70. potężnego systemu "Wall of Sound". Była to największa i najczystsza ściana głośników w tamtym czasie, która zrewolucjonizowała sposób nagłaśniania koncertów na stadionach. Choć prawda o powiązaniach programu MKUltra z artystami wyszła na jaw dopiero w 1975 roku przed komisją senacką, wpływ rządowych eksperymentów na rozwój muzyki rockowej i technologii estradowej pozostał trwały i niezaprzeczalny.