Formacja Kult to bez wątpienia jeden z filarów polskiej sceny rockowej. Zespół, założony na początku lat 80., nieprzerwanie cieszy się ogromną popularnością, a jego fundamentem od zawsze były występy na żywo. Choć w bogatej historii grupy bywały momenty lepsze i gorsze, to koncert w Zielonej Górze 29 listopada 2025 roku na pewno zapisze się jako jeden z najtrudniejszych. Tego wieczoru Kazik Staszewski pojawił się na scenie w bardzo złym stanie. Lider zespołu miał problemy z mową, zapominał tekstów piosenek i wygłaszał niezrozumiałe komunikaty do fanów. Incydent wywołał niemałe poruszenie, a sam wokalista szybko opublikował oświadczenie. Przyznał w nim, że przed wejściem na scenę pił alkohol, a wszystko to skłoniło go do decyzji o ograniczeniu aktywności koncertowej.
Szybko wyszło na jaw, że fatalne samopoczucie muzyka miało głębsze podłoże zdrowotne. Problemy, z którymi borykał się od dłuższego czasu, doprowadziły ostatecznie do jego hospitalizacji na Teneryfie. Zarówno tamtejsi specjaliści, jak i polscy lekarze musieli stoczyć walkę o powrót artysty do pełni sił. Po długim okresie milczenia Kazik Staszewski zdecydował się na pierwszą rozmowę z mediami. Goszcząc u Bogdana Rymanowskiego, poruszył temat zarówno pechowego koncertu w Zielonej Górze, jak i swoich dolegliwości. Opisał również proces leczenia na hiszpańskiej wyspie, a przy tej okazji podzielił się niezwykle osobistym i zaskakującym wyznaniem.
Kazik Staszewski spotkał Boga na Teneryfie?
Podczas wywiadu artysta przybliżył okoliczności, w jakich trafił do szpitala i jak wyglądała jego codzienność na oddziale intensywnej terapii. Muzyk wspominał, że opiekował się nim stały zespół lekarzy i pielęgniarek. Jednak pewnego dnia wśród personelu medycznego pojawiła się zupełnie nowa postać. Kazik Staszewski wyznał z pełnym przekonaniem, że tajemniczym gościem był sam Bóg.
Lider Kultu opisał niezwykłą sytuację, która miała miejsce na szpitalnej sali i która odnowiła jego wiarę. Do pomieszczenia wszedł nieznany mu wcześniej mężczyzna, ubrany w dość nietypowy sposób – miał na sobie strój kolarski i plecak. Według relacji muzyka nieznajomy dotknął miejsca na ciele artysty, z którego promieniował ból. Staszewski podkreślił, że mimo iż doskonale kojarzył pracowników szpitala, tej postaci nigdy wcześniej, ani nigdy więcej nie zobaczył. Uznał więc, że to właśnie Najwyższy postanowił złożyć mu wizytę w tamtym trudnym momencie.
Wokalista nie ukrywa, że zdaje sobie sprawę z tego, jak niewiarygodnie może brzmieć jego historia. Dodał, że nawet jego żona traktuje tę opowieść z przymrużeniem oka, jednak on sam głęboko wierzy w to, czego doświadczył. W rozmowie z Bogdanem Rymanowskim Staszewski zaznaczył, że spotkanie z tajemniczą "istotą" trwało kilka minut i na pewno nie było jedynie snem. Choć dziś nie potrafi już dokładnie odtworzyć twarzy swojego gościa, zapamiętał, że była to postać w stosunkowo młodym wieku. Podkreślił również, że podobne doświadczenie nigdy więcej się nie powtórzyło, ani w Hiszpanii, ani po jego powrocie do kraju.
Bóg jest. To jest taki bagaż, jaki wyniosłem po pobycie, już leżąc, wiedziałem, że jest. [...] Widziałem Boga. Czwartego dnia na OIOM-ie [...] Znałem lekarzy, którzy się tam kręcili, oni zmieniali się w takiej opcji, że jednego dnia był ten - albo ta - drugiego dnia był obchód, tam mnie oglądali. I czwartego dnia, wiesz, tam był rygor całego wchodzenia na OIOM [...] I czwartego dnia nagle przychodzi człowiek, wtedy mi się wydawało, że to był człowiek. Ja jestem świadom, to nie są halucynacje żadne, ja jestem cały czas świadom tam na tym OIOM-ie. Ubrany tak: w strój kolarski, z takim plecakiem na plecach - nigdy go wcześniej nie widziałem, ani nigdy go później nie widziałem, nawet leżąc na normalnej sali widywałem tych ludzi, którzy pracowali na OIOM-ie [...] tego człowieka, tej istoty nie widziałem. I on tak przyszedł, stanął nade mną, dotknął mnie w to miejsce, gdzie mnie bolało [...] nic nie powiedział i poszedł. No to kto to mógł być? Albo Jezus, jeśli trzymamy się frazeologii chrześcijańskiej, albo sam Bóg. [...] Wyglądał tak na 33 lata mniej więcej, nie miał brody, był białej rasy, ale być dość ciemny - jak Włoch lub Hiszpan właśnie, krótkie włosy miał. [...] Jak poszedł, ja mówię 'kto to był?'. Jakoś wstydziłem się zapytać, ale sam sobie wykombinowałem, że to Bóg musiał być. Ta moja opowieść jest bagatelizowana czy wyśmiewana często, no ale ja zostanę przy tym. To jest taki mocny dowód, który mi w tych wahaniach pomógł bardzo - opowiedział Kazik Staszewski.