Był taki czas, gdy słowa „gwiazda rocka” niosły ze sobą ciężar legendy. Pachniały tanią whisky, potem ze sceny i dymem papierosowym w garderobie, w której właśnie roztrzaskano gitarę. To był bilet w jedną stronę do świata, w którym chaos był formą sztuki, a samozniszczenie – aktem twórczym. Ian Astbury, człowiek, który z niejednego rockowego pieca chleb jadł, doskonale pamiętał tamte dni. Dlatego z taką goryczą patrzył, jak ten tytuł, kiedyś zarezerwowany dla szamanów i buntowników, staje się pustym frazesem, naklejką, którą można przyznać każdemu za najdrobniejszy sukces. W jednej z rozmów ujął to bez ogródek:
Niestety, termin „rock” został zawłaszczony przez czteroletnie dziewczynki i księgowych. Księgowy robi coś niesamowitego na giełdzie, a jego kumple przybijają mu piątkę: jest gwiazdą rocka! Czteroletnia dziewczynka nauczyła się jeździć na rowerze: jest gwiazdą rocka!
Trafił w samo sedno. Zabrał głos nie jako zgorzkniały weteran, ale jak strażnik mitu, który na jego oczach zamieniał się we własną parodię.
Co naprawdę znaczy być gwiazdą rocka, panie Astbury?
Żeby zrozumieć jego frustrację, trzeba cofnąć się do samego początku. Astbury nigdy nie był typem prostolinijnego rockmana. W jego żyłach płynęła krew Iggy'ego Popa i Davida Bowiego, ale serce biło w rytm plemiennych bębnów. Gdy jako nastolatek mieszkał w Kanadzie, zafascynował się kulturą rdzennych Amerykanów. Ta duchowość, mistycyzm i poczucie łączności z naturą stały się fundamentem jego twórczości. Zanim świat poznał go jako frontmana The Cult, szlifował swój warsztat w post-punkowym Southern Death Cult. To była surowa, mroczna energia, daleka od stadionowych hymnów. Już wtedy było w nim coś z szamana, kapłana zapomnianych rytuałów. Wczesne płyty The Cult, jak Dreamtime czy kultowe Love, przesiąknięte były tą atmosferą. Astbury śpiewał o sanktuariach i rewolucji, a jego sceniczna charyzma miała w sobie coś niebezpiecznego, pierwotnego. Nie był tylko wokalistą. Był przewodnikiem.
Kiedy Rick Rubin puka do twoich drzwi
Wszystko zmieniło się w 1987 roku. Wtedy do drzwi zespołu zapukał Rick Rubin, producent, który właśnie odkurzył karierę Aerosmith i zmieniał hip-hop w globalne zjawisko. Rubin miał prosty plan: zdjąć z The Cult warstwy post-punkowej melancholii i gotyckiego mroku, a w zamian dać im surową, riffową moc w stylu AC/DC. Efektem był album Electric – potężny, ociekający testosteronem hard rock, który katapultował ich do pierwszej ligi. Nagle Astbury, chłopak zafascynowany duchowością i alternatywą, stał się pełnoprawną gwiazdą rocka w najbardziej klasycznym, amerykańskim wydaniu. Skórzane spodnie, długie włosy i potężny głos niosący takie hity jak „Love Removal Machine”. Kolejny krążek, Sonic Temple, tylko umocnił tę pozycję. Zespół przeniósł się do Los Angeles, epicentrum rock'n'rollowego snu. Ale sen szybko zaczął przypominać koszmar. Astbury, poszukiwacz duchowy, wylądował w samym sercu przemysłu, który sprowadzał bunt do łatwo sprzedawalnego produktu.
Ucieczka z płonącej świątyni?
Lata 90. przyniosły brutalne zderzenie z rzeczywistością. Grunge zmiótł ze sceny dinozaurów hard rocka, a Ian coraz bardziej dusił się w skórzanej kurtce, którą sam na siebie włożył. Album z 1994 roku, zatytułowany po prostu The Cult, był próbą powrotu do bardziej introspekcyjnych, alternatywnych korzeni, ale rynek już go nie chciał. Narastające napięcia między nim a gitarzystą Billym Duffym doprowadziły do rozpadu zespołu. Astbury zaczął szukać na własną rękę. Założył efemeryczny projekt Holy Barbarians, nagrał solową płytę, ale przede wszystkim próbował zrozumieć, co poszło nie tak. Zwieńczeniem tej drogi był jeden z najbardziej niezwykłych ruchów w historii rocka.
W 2002 roku przyjął propozycję Raya Manzarka i Robby'ego Kriegera, by zostać wokalistą w reaktywowanym The Doors. Nie chciał być imitatorem Jima Morrisona. Chciał dotknąć źródła. Wejść w buty człowieka, który był dla niego uosobieniem rockowego poety i szamana, a nie tylko celebryty. To była próba odzyskania utraconej magii. Kiedy więc Astbury mówi o księgowych i czterolatkach, nie narzeka na świat. On opowiada swoją własną historię. Historię faceta, który zdobył wszystko, co obiecywał rock'n'rollowy mit, a potem spędził resztę życia, próbując odnaleźć w nim prawdę. Prawdę, której nie da się zmierzyć sukcesem na giełdzie ani pierwszą samodzielną przejażdżką na rowerze.