Był bogiem rocka, scenicznym demiurgiem, który jednym gestem potrafił zawładnąć stutysięcznym tłumem na Wembley. Miał w sobie sceniczną arogancję i magnetyzm, które kazały wierzyć, że jest nieśmiertelny. Każdy jego ruch, każda fraza wyśpiewana czterooktawowym głosem, każde spojrzenie rzucone spod zmrużonych powiek budowało mit. Mit herosa, który nigdy nie zejdzie ze sceny. A jednak, gdy gasły światła i opadała kurtyna, ten sam człowiek potrafił zrzucić z siebie całą tę mitologię z nonszalancją, która zbijała z tropu. W jednym z wywiadów, zapytany o dziedzictwo, rzucił od niechcenia słowa, które brzmiały jak ostateczne zlekceważenie własnej legendy.
Kiedy umrę, czy będą o mnie pamiętać? Tak naprawdę o tym nie myślę, to zależy od nich. Kiedy umrę, kogo to obchodzi? Mnie nie.
Tylko on mógł powiedzieć coś takiego. I tylko jemu można było uwierzyć, że przynajmniej po części mówił prawdę.
Freddie Mercury i spektakl, który nigdy się nie kończył?
Na zewnątrz był wszystkim tym, czego pragnęła publiczność. Ekstrawaganckim pawiem, który strój sceniczny traktował jak zbroję, a mikrofon na połówce statywu jak berło. Ale pod tą warstwą blichtru i teatralności krył się Farrokh Bulsara – nieśmiały chłopak z Zanzibaru, absolwent szkoły artystycznej w Ealing, który wolał spędzać czas w swoim ogrodzie lub w towarzystwie kotów, niż brylować na salonach. Ta dwoistość była kluczem do zrozumienia jego fenomenu. Na scenie był Freddiem Mercurym, postacią, którą sam stworzył, dopracował w najdrobniejszym szczególe, od herbu zespołu łączącego znaki zodiaku wszystkich członków Queen, po ostatni cekin na trykocie. Poza nią – był człowiekiem, który cenił sobie spokój i lojalność wąskiego grona przyjaciół ponad uwielbienie milionów.
Znajomi z tamtych lat wspominali, że potrafił być cichy i wycofany, zwłaszcza w towarzystwie obcych. Dziennikarz Bob Harris opowiadał, jak podczas wizyty w mieszkaniu Freddiego ten z typowo angielską powagą serwował herbatę w najlepszej porcelanie. Obraz kompletnie nieprzystający do wizerunku rockowego hedonisty. Ta potrzeba odcięcia się, stworzenia prywatnego świata, w którym nie obowiązują reguły show-biznesu, była jego tarczą. Być może dlatego tak lekko przychodziło mu mówienie o nieistotności własnej legendy. Legenda należała do Freddiego. Życie – do Farrokha.
Kogo obchodzi król bez swojego królestwa?
Jego królestwem nie było Wembley ani Madison Square Garden. Był nim Garden Lodge, georgiańska posiadłość w Kensington, otoczona wysokim murem, który miał chronić go przed światem. To tam znajdował azyl. To tam znajdowali go ci, których naprawdę do siebie dopuszczał. A na czele tego nielicznego dworu stała jedna osoba – Mary Austin. Kobieta, którą poznał na długo przed eksplozją sławy Queen i którą nazywał swoją „common-law wife”, mimo że ich romantyczny związek zakończył się, gdy przyznał się przed nią do swojej orientacji seksualnej. „Wszyscy moi kochankowie pytali, dlaczego nie mogą jej zastąpić, ale to po prostu niemożliwe. Jedyną prawdziwą przyjaciółką, jaką mam, jest Mary i nie chcę nikogo innego” – mówił. To jej zostawił w spadku swój dom i większość majątku, bo to ona stanowiła fundament jego prywatnego świata. To ona znała człowieka, a nie tylko artystę.
W tym kontekście jego słowa o śmierci i pamięci nabierają innego wymiaru. Nie były cynicznym odrzuceniem fanów, ale raczej stwierdzeniem faktu: dla niego liczyła się opinia tych, którzy znali go naprawdę. Pamięć reszty świata była tylko dodatkiem, nieuniknionym echem wielkiej kariery. Echem, nad którym nie miał i nie chciał mieć kontroli.
Ostatni bis, czyli jak zamilknąć na własnych warunkach
Gdy w drugiej połowie lat 80. jego zdrowie zaczęło się pogarszać, mur wokół Garden Lodge stał się jeszcze wyższy. Brytyjska prasa brukowa węszyła sensację, publikując zdjęcia wychudzonego artysty z sugestywnymi nagłówkami. On jednak milczał. Nie chciał litości ani publicznej spowiedzi. Wycofał się z życia koncertowego, ale nie z muzyki. W studiu w Montreux, z widokiem na Jezioro Genewskie, nagrywał do samego końca. „Piszcie mi więcej. Piszcie. Chcę to po prostu zaśpiewać i nagrać, a kiedy odejdę, będziecie mogli to dokończyć” – mówił do kolegów z zespołu, nie pozostawiając złudzeń co do swojego stanu, ale też nie dając chorobie ostatniego słowa.
Dopiero na dzień przed śmiercią zdecydował się wydać oświadczenie, potwierdzając, że ma AIDS. Był to jego ostatni, w pełni kontrolowany akt reżyserski. Zdecydował, kiedy kurtyna opadnie i na jakich warunkach. Wypełnił swoje własne proroctwo: kiedy umarł, nie obchodziło go, co pomyśli świat. Obchodziło go tylko to, by odejść z godnością, chroniąc prywatność swoją i swoich bliskich. Zostawił po sobie muzykę, mit i jedno z najbardziej niedocenianych pożegnań w historii rocka – ciche i uparte trzymanie się własnych zasad aż do samego końca. A o to, czy go zapamiętamy, zadbaliśmy już my sami. Bez jego zgody i bez jego udziału.