Telefon od Quincy’ego Jonesa i wielka pomyłka Eddiego Van Halena
W 1982 roku Quincy Jones, producent albumu "Thriller", zadzwonił do Eddiego Van Halena z propozycją współpracy. Reakcja gitarzysty była dość gwałtowna, ponieważ był przekonany, że ktoś robi mu kawał. Van Halen nie należał do osób, które łatwo było wyciągnąć do projektów popowych, więc kiedy usłyszał głos w słuchawce, po prostu kazał mu się odp***rzyć i rzucił słuchawką. Dopiero przy kolejnej próbie Jones zdołał wytłumaczyć, że sprawa jest poważna i naprawdę chce, aby to właśnie Eddie uświetnił nowy utwór Michaela Jacksona o tytule "Beat It". Muzyk ostatecznie się zgodził, bo uznał to za drobną przysługę dla legendy i ciekawą odskocznię od codziennej pracy w swojej macierzystej kapeli.
Tajemnica przed kolegami z zespołu i złamanie żelaznej zasady Davida Lee Rotha
Sytuacja była o tyle skomplikowana, że w zespole Van Halen panowała wtedy bardzo rygorystyczna zasada. David Lee Roth, ówczesny wokalista, pilnował, aby nikt z członków grupy nie angażował się w żadne projekty poboczne. Zespół miał być monolitem, a granie z innymi artystami, zwłaszcza z kręgu muzyki pop, uznawano za zdradę rockowych ideałów i niepotrzebne rozmywanie wizerunku grupy. Eddie postanowił jednak zaryzykować i wykorzystał moment, w którym reszta muzyków wyjechała z miasta. Roth przebywał wtedy na wyprawie w dżungli amazońskiej, a brat Eddiego, perkusista Alex, również był w tym czasie nieuchwytny. Gitarzysta naiwnie zakładał, że nikt z jego rockowego otoczenia nie słucha takiej muzyki, więc sprawa nigdy nie wyjdzie na jaw.
Samowolka w studiu i głośnik, który stanął w płomieniach
W studiu Westlake w Los Angeles gitarzysta nie zamierzał być tylko potulnym wykonawcą poleceń producenta. Po przesłuchaniu roboczej wersji "Beat It" stwierdził, że sekcja przeznaczona na solówkę wymaga poprawek. Poprosił inżyniera dźwięku o fizyczne pocięcie taśmy magnetofonowej żyletką, aby mógł zmienić strukturę piosenki i dopasować ją do swojego stylu gry. Kiedy Michael Jackson wszedł do reżyserki i usłyszał te zmiany, Eddie spodziewał się awantury o samowolne przerabianie kompozycji. Okazało się jednak, że król popu był zachwycony nowym, drapieżnym brzmieniem utworu.
Wow, dziękuję ci, że nie tylko zagrałeś solówkę, ale zależało ci na tym utworze tak bardzo, że poprawiłeś jego strukturę – powiedział Michael Jackson po przesłuchaniu nowej wersji nagrania
Podczas samego nagrywania doszło do incydentu, który do dziś jest wspominany przez świadków tamtej sesji. Eddie Van Halen grał tak głośno i z taką energią, że jeden z monitorów odsłuchowych w studiu dosłownie stanął w płomieniach. Quincy Jones nie przerwał jednak pracy, uznając dymiący sprzęt za dowód na to, że właśnie powstaje coś historycznego. Solówka została zarejestrowana w bardzo krótkim czasie, a jej surowe brzmienie stało się znakiem rozpoznawczym piosenki, która połączyła światy rocka i popu.
Skrzynka piwa zamiast milionów i gorzka zemsta list przebojów
Najbardziej zadziwiający w tej historii jest fakt, że jeden z najwybitniejszych gitarzystów świata nie wziął za swoją pracę ani grosza. Eddie kategorycznie odmówił przyjęcia wynagrodzenia oraz zrzekł się wszelkich tantiem, choć de facto stał się współautorem aranżacji hitu. Legendy studialne mówią, że jedyną zapłatą, jaką przyjął, była skrzynka piwa wniesiona do studia oraz żartobliwa obietnica, że Jackson nauczy go kiedyś tańczyć. Gitarzysta chciał w ten sposób zminimalizować ryzyko gniewu kolegów z zespołu, dlatego na pierwszym wydaniu płyty "Thriller" jego nazwisko w ogóle nie pojawiło się w oficjalnym spisie twórców.
Plan utrzymania wszystkiego w tajemnicy szybko jednak spalił na panewce. Gdy "Beat It" stało się światowym hitem, fani błyskawicznie rozpoznali unikalny styl gry Eddiego, a on sam zaczął być kojarzony z sukcesem Michaela Jacksona. Ta współpraca miała jednak dla zespołu Van Halen nieoczekiwane i dość bolesne skutki. W 1984 roku ich przełomowy album o tytule "1984" przez pięć tygodni zajmował drugie miejsce na liście Billboard 200. Na sam szczyt nie mógł się przebić tylko dlatego, że pierwsze miejsce nieprzerwanie okupował "Thriller". Eddie Van Halen własnoręcznie pomógł stworzyć album, który ostatecznie zablokował największy sukces komercyjny jego własnej kapeli.