W połowie lat 90. brytyjska scena muzyczna przypominała pole bitwy. Z jednej strony bracia Gallagher z Oasis, z butelką piwa w jednej, a mikrofonem w drugiej dłoni, gotowi podbić świat z arogancją godną rzymskich cezarów. Z drugiej – Damon Albarn i jego Blur, artyści z dobrego domu, którzy z ironią i znawstwem portretowali angielskie przedmieścia. Wszędzie powiewały flagi Union Jack, a testosteron lał się strumieniami z głośników i pierwszych stron gazet. Aż tu nagle, w sam środek tego zgiełku, wszedł on. Wysoki, chudy jak tyczka, w niemodnych okularach i źle skrojonym garniturze z lumpeksu. Jarvis Cocker.
Wyglądał bardziej jak doktorant socjologii, który pomylił sale wykładowe, niż jak frontman jednego z najważniejszych zespołów dekady. A jednak to właśnie on i jego Pulp stali się trzecią, najdziwniejszą siłą britpopu. Zamiast stadionowych wrzasków o rock’n’rollu oferowali neurotyczne, literackie opowieści o podglądaniu, klasowych frustracjach i niezręcznym seksie. Cocker nie ryczał. On snuł opowieść, cedził słowa z sarkastycznym wdziękiem, a jego scenicznym ruchem firmowym był taniec godowy dziwnego, egzotycznego ptaka. Był na tej scenie ciałem obcym, intelektualnym outsiderem w świecie, który gloryfikował prostotę i siłę. Być może dlatego tak dobrze rozumiał mechanizmy tej gry. Sam zresztą ujął to najlepiej.
W pewnym sensie zawsze uważałem, że lepiej zachowywać się jak gwiazda rocka, będąc zwykłym człowiekiem. Ponieważ jeśli robisz to jako gwiazda rocka, skończysz w gazetach, a twoje życie stanie się udręką.
Ta filozofia była jego tarczą i bronią. Pozwalała mu istnieć w epicentrum szaleństwa, nie stając się jego ofiarą. A najlepszy test tej teorii przyszedł zupełnie niespodziewanie, w blasku fleszy i przy akompaniamencie największego hitu Króla Popu.
Polecany artykuł:
Król popu, mesjasz z playbacku i jeden nieznośny tyłek
Był luty 1996 roku, gala Brit Awards. Na scenie Michael Jackson, otoczony zastępem dzieci, odgrywał swój mesjanistyczny spektakl do utworu „Earth Song”. Wcielał się w rolę zbawiciela, uzdrowiciela, niemalże boskiej figury, która swoim dotykiem leczy świat. Dla wielu był to poruszający obraz. Ale nie dla Jarvisa Cockera, który siedział na widowni i czuł, jak narasta w nim irytacja. To nie był rock and roll. To była napuszona, nieznośnie pretensjonalna opera mydlana. Wtedy właśnie, w akcie spontanicznego buntu, chudy facet wstał, wtargnął na scenę i przebiegł przez nią, machając rękami i wypinając w stronę Jacksona i publiczności pośladki. To był moment czystego, rockandrollowego teatru absurdu. Ochrona rzuciła się na niego, policja zabrała go na przesłuchanie pod zarzutem napaści.
Świat muzyczny zamarł. Co to miało być? Chuligański wybryk? Pijacki żart? A może coś więcej? Reakcje były skrajne. Damon Albarn uznał to za „naprawdę niepokojące”. Za to Noel Gallagher, arcyrywal z Oasis, stanął za nim murem, nazywając go „gwiazdą” i domagając się dla niego orderu. Sam Cocker tłumaczył później, że nie miał nic do Jacksona jako artysty, ale nie mógł znieść jego wizerunku „figury podobnej do Chrystusa z mocą uzdrawiania”. To był protest przeciwko pompie i fałszowi. Gest faceta, który przez kilkanaście lat grał dla pustych sal i doskonale wiedział, czym jest prawdziwe życie, a czym napompowany do granic możliwości medialny balon.
Dlaczego Jarvis Cocker grał według własnych zasad?
Żeby zrozumieć ten gest, trzeba cofnąć się o dekadę. W czasach, gdy jego przyszli rywale z list przebojów kończyli szkoły, Cocker i Pulp byli już weteranami sceny. Zespołu, o którym nikt nie słyszał. Jarvis założył go jako piętnastolatek. Przez całe lata 80. żyli na zasiłku, grali koncerty, po których więcej było muzyków na scenie niż ludzi na widowni, a sam Jarvis przez pewien czas mieszkał w opuszczonej fabryce. W 1985 roku, próbując zaimponować dziewczynie udawaniem Spider-Mana, wypadł z okna i wylądował na wózku inwalidzkim, na którym przez jakiś czas występował. To była długa, wyboista droga, pełna upadków, zwątpienia i artystycznych poszukiwań na marginesie.
Gdy w końcu, w połowie lat 90., przyszła sława z albumami „His 'n' Hers” i „Different Class”, Cocker miał już trzydziestkę na karku. Był w pełni ukształtowanym człowiekiem, który zdążył studiować sztukę i film, a sławę traktował z dystansem kogoś, kto zbyt długo na nią czekał, by uwierzyć, że jest czymś realnym. Nie był produktem machiny marketingowej. Był kronikarzem życia, które doskonale znał z autopsji – życia „zwykłych ludzi”, o których śpiewał w swoim największym hymnie. Wiedział, że bycie gwiazdą rocka to tylko rola, kostium, który po koncercie trzeba zdjąć i powiesić w szafie. On już rozumiał, że prawdziwa wolność nie polega na demolowaniu hotelowych pokoi i rozbijaniu gitar, gdy patrzą na ciebie kamery. Polega na tym, by w samym sercu cyrku zachować trzeźwość umysłu. Być obserwatorem, a nie bezwolnym uczestnikiem. On po prostu wiedział, że reflektory kiedyś zgasną, a wtedy trzeba będzie jeszcze umieć wrócić do domu. I właśnie ta świadomość była chyba najbardziej rockandrollową rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił.