Deftones powrócili do Polski po ponad dekadzie przerwy! Oto relacja z koncertu w Łodzi

2026-02-06 9:54

Formacja Deftones zadebiutowała na rynku wydawniczo ponad 30 lat temu. W Polsce po raz pierwszy muzycy zjawili się dopiero po ukazaniu się szóstego albumu. Drugi koncert w naszym kraju przypadł natomiast w ramach promocji dziesiątego krążka. Polscy fani Deftones nie są więc zbyt mocno rozpieszczani.

Deftones

i

Autor: Deftones/ Materiały prasowe

Deftones i 90 minut jazdy bez trzymanki. Oto relacja z koncertu w Łodzi 

W dzisiejszej rzeczywistości mało jest wykonawców, którzy regularnie omijaliby Polskę szerokim łukiem. Muzycy Deftones przez ostatnie 15 lat jednak nie uwzględniali naszego kraju w swoich europejskich planach koncertowych. W sierpniu 2011 zagrali, po raz pierwszy, w warszawskim Parku Sowińskiego, kiedy promowali Diamond Eyes. Na szczęście, czas oczekiwania na powrót Chino Moreno i spółki nad Wisłę dobiegł końca 5 lutego 2026.

Ogłoszenie koncertu w Łodzi wywołało ogromne zainteresowanie. Nie ukrywam, że byłem tym zaskoczony. Wydawało mi się, że twórczość Deftones nie jest aż tak mocno doceniana w Polsce. Jak się okazało: nic bardziej mylnego. Teraz amerykańska grupa dosłownie przeżywa renesans popularności. – To ekscytujące wiedzieć, że dosłownie jesteśmy więksi niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu naszej niemal 30-letniej egzystencji. Ale mam też świadomość, że to może zniknąć w każdej chwili, dlatego nie buduję swojego ego na statystykach. Po prostu płyniemy z prądem – powiedział, nie tak dawno w rozmowie z radiem KROQ, wokalista Deftones. Utwory zespołu zaczęły być wykorzystywane na TikToku i... teraz muzycy zbierają tego żniwa. Było to doskonale widać w Atlas Arenie. Do hali zawitało sporo osób, które przyszły na świat grubo po wydaniu kultowego White Pony.

Najlepsze zagraniczne albumy rock i metal 2025

Są różne podejścia, jeśli chodzi o rozpoczęcie koncertu. Niektórzy mówią, że na pierwszy ogień nie powinno dawać się wielkiego hitu. Amerykańska formacja nie zamierzała jednak kalkulować i od razu wyciągnęła ze swojego arsenału bardzo ciężkie działo w postaci Be Quiet and Drive (Far Away) z 1997. Tak, to idealny opener, który sprawił, że nikt z publiczności nie zamierzał się oszczędzać w ten czwartkowy wieczór. Następnie rozpoczęła się prezentacja ubiegłorocznego Private Music. Zespół wybrał do koncertowego repertuaru aż siedem utworów z ostatniego albumu, w tym single My Mind Is a Mountain oraz Milk of the Madonna. Bardzo dobrze wypadł drugi z wymienionych, zagrany tuż przed bisami. Duży potencjał zdradził też Cut Hands.

Poza tym muzycy Deftones postawili na dość przekrojową setlistę. Prawie wszystkie studyjne krążki mogły pochwalić się swoimi reprezentantami. Usłyszeliśmy więc Diamond Eyes (z fantastycznym refrenem), Rosemary (ależ to był walec!) czy Lhabię, która na tegorocznej trasie została "odkurzona". Nie muszę chyba dodawać, że było to świetne posunięcie. Koncert był bardzo intensywny. Siódme poty wylewał z siebie frontman Deftones. Ciężko uwierzyć, że Moreno ma już na karku ponad 50 lat. Skakał, biegał i nie łapał przy tym zadyszki. Odpoczywał jedynie we fragmentach, kiedy sięgał po gitarę akustyczną (Digital Bath, Rosemary, Sextape, Change (In the House of Flies), Cherry Waves). Pozostali członkowie Deftones byli zdecydowanie bardziej stateczni. Od muzyki nie odciągała scenografia. Na jednym dużym telebimie były wyświetlane różne animacje (m.in. okładkowy wąż w Locked Club).

Formacja została naprawdę ciepło przyjęta przez publiczność w Atlas Arenie. Miejscami miałem wrażenie, że nie jestem na koncercie Deftones, tylko jakiegoś boysbandu czy Taylor Swift. Każdy utwór był przyjmowany z ogromną ekscytacją. Nic więc dziwnego, że wokalista ze sceny regularnie dziękował polskim fanom. Muszę także wspomnieć o brzmieniu, które pozostawiało wiele do życzenia (głos Chino miejscami "tonął" w morzu instrumentów aż za bardzo). A jak sprawa z frekwencją? Organizatorzy szybko ogłosili "sold-out", w ostatnich dniach pojawiły się jednak miejsca na trybunach z ograniczoną widocznością. Miejsca siedzące rzeczywiście były nawet szczelnie wypełnione. Z kolei tył płyty okazał się... pusty. W sieci pojawiły się głosy, że chodzi o przepisy przeciwpożarowe. Rozumiem, że nie ma zgody na "dopychanie ludzi kolanem", ale w tym przypadku spokojnie można byłoby jeszcze trochę zapełnić wolnego miejsca. Nie do końca potrafię to wszystko zrozumieć. 

Na sam finał poleciał 7 Words z debiutu. Ten moment z pewnością do końca życia będzie pamiętał Kacper, który został zaproszony na scenę, aby trochę pohałasować z muzykami. Chłopak, ubrany w koszulkę Comy, wsparł zespół na gitarze.  

Koncert Deftones zleciał w ekspresowym tempie: 20 utworów zamkniętych w 1,5 godziny. Grupę miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć na żywo, więc... wiadomo, chciałoby się więcej. Ogólnie koncert był naprawdę dobry, ale skłamałbym, gdybym napisał, że zbierałem szczękę z podłogi w Atlas Arenie. Wpływ na to miało z pewnością nagłośnienie. Moim zdaniem jest to też zespół bardziej studyjny niż koncertowy. Mimo wszystko, nie żałuję, że wybrałem się do Łodzi. Ekipa z Sacramento od wielu lat była wysoko na mojej liście "must see". Teraz pozostaje sobie tylko życzyć, aby kolejny występ Deftones w Polsce odbył się zdecydowanie szybciej niż za 15 lat...

Setlista: Be Quiet and Drive (Far Away)Locked ClubEcdysisDiamond EyesRocket Skates; Digital Bath; Souvenir; My Mind is a MountainLhabia; RosemaryCut Hands; Infinite Source; Sextape; Hole in the EarthChange (In the House of Flies); GenesisMilk of the MadonnaCherry Waves; My Own Summer (Shove It); 7 Words.

P.S. Przed Deftones zagrali jeszcze: Drug ChurchDenzel Curry. Lepsze wrażenie zrobił na mnie amerykański raper, który w trakcie występu postanowił oddać hołd Rage Against the Machine i wykonał Bulls on Parade

Organizatorem koncertu była agencja Alter Art. 

Oto ciekawostki o albumie White Pony od Deftones: