Lennon chciał wisieć pod sufitem. Jak The Beatles uzyskali głos z innego wymiaru?
Chociaż sesje nagraniowe do „Revolver” rozpoczęły się właśnie od niego w kwietniu 1966 roku, utwór „Tomorrow Never Knows” musiał poczekać na sam koniec albumu. Był to ruch w pełni zamierzony, bo właśnie ten psychodeliczny finał stanowił cel, do którego zmierzała cała płyta. Kompozycja, która narodziła się w głowie Johna Lennona podczas eksperymentów z LSD i lektury podręcznika do transcendentalnych podróży, okazała się prawdziwym dźwiękowym trzęsieniem ziemi. Zamiast kolejnej przebojowej piosenki, The Beatles zaserwowali słuchaczom hipnotyczny dron, w którym wirowała kakofonia pętli taśmowych, a wokal brzmiał jak głos z innego wymiaru. Rock właśnie dostał potężny zastrzyk nowej energii.
Lennon miał przy tym bardzo konkretną, choć karkołomną wizję. Chciał, aby jego głos brzmiał jak „tysiąc tybetańskich mnichów śpiewających z wierzchołka góry”. Rzucił nawet pomysł, żeby powiesić go w studiu do góry nogami i obracać wokół mikrofonu. Na szczęście dwudziestoletni inżynier dźwięku, Geoff Emerick, miał znacznie bezpieczniejszy plan. Zamiast ryzykować zdrowiem Beatlesa, przepuścił jego wokal przez obrotowy głośnik Leslie, czyli sprzęt kojarzony głównie z organami Hammonda. Ten prosty trik dał wirujący, niemal nieziemski efekt, który idealnie wpasował się w transcendentny klimat utworu.
Jak powstało solo na taśmy? Śmiech McCartneya i chaos, którego nie dało się powtórzyć
Warstwa tekstowa była bezpośrednią adaptacją fragmentów książki „The Psychedelic Experience: A Manual Based On The Tibetan Book Of The Dead”, na którą Lennon natknął się 1 kwietnia 1966 roku. Dzieło guru psychodelii Timothy'ego Leary'ego, Ralpha Metznera i Richarda Alperta, stało się dla niego swoistą biblią. Fraza „Whenever in doubt, turn off your mind, relax, float downstream” posłużyła za kultowe otwarcie piosenki. Co ciekawe, sam tytuł, „Tomorrow Never Knows”, nie ma nic wspólnego z buddyjską filozofią. Lennon po prostu podkradł go z jednego z legendarnych przejęzyczeń Ringo Starra, podobnie jak to miało miejsce przy „A Hard Day's Night”.
Prawdziwym sercem awangardowego brzmienia było jednak pięć pętli taśmowych, które Beatlesi sami spreparowali w studiu. Wśród tych zapętlonych dźwięków znalazł się między innymi przyspieszony do granic możliwości śmiech Paula McCartneya, fragmenty partii sitaru oraz pojedynczy akord B-dur. Podczas nagrania cała czwórka zamieniła się w szalonych naukowców, stojąc przy konsolecie i na żywo manipulując suwakami. Wprowadzali pętle w losowych momentach, tworząc w ten sposób niepowtarzalne „solo na taśmy”. Producent George Martin przyznał później, że uchwycenie tego chaosu było jednorazowym cudem, absolutnie niemożliwym do precyzyjnego powtórzenia.
Jeden akord i odwrócone solo. Jak The Beatles pokazali światu brzmienie przyszłości?
Sama konstrukcja muzyczna była równie odważna co brzmienie. Cały utwór opiera się na jednym, zapętlonym akordzie C, który w połączeniu z indyjskim dronem tambury i sitaru George’a Harrisona tworzy hipnotyczną, niemal transową atmosferę. Solidny fundament pod ten soniczny kolaż położył Ringo Starr ze swoim charakterystycznym, perkusyjnym loopem. Wisienką na torcie było odwrócone solo gitarowe, czyli kolejna studyjna sztuczka, o której autorstwo do dziś spierają się fani, wskazując zarówno na Harrisona, jak i na McCartneya.
„Tomorrow Never Knows” to numer, który wyważył drzwi dla psychodelii w muzyce rockowej i wpłynął na niezliczone gatunki, od rocka progresywnego po elektronikę. Jego pionierskie wykorzystanie samplingu i pętli taśmowych wyprzedziło swoją epokę o całe dekady. Idea, że studio nagraniowe samo w sobie jest instrumentem, którą później spopularyzował Brian Eno, miała swoje korzenie właśnie w tych przełomowych sesjach. The Beatles nie nagrali wtedy zwykłej piosenki, oni stworzyli dźwiękowy manifest. W kwietniu 1966 roku pokazali wszystkim, jak brzmi przyszłość i na zawsze zmienili reguły gry.