Potężny riff i mroczna treść. Jak Bruce Springsteen stworzył pułapkę na słuchaczy?
Piosenka "Born in the U.S.A." z 1984 roku to prawdopodobnie najbardziej zwodniczy utwór w historii rocka. Z jednej strony mamy potężne, niemal militarne uderzenia w bębny i jasny, wzniosły motyw syntezatora, który kojarzy się z triumfem i wielką fetą. Z drugiej strony tekst opowiada o chłopaku z biednego miasteczka, który po problemach z prawem zostaje wysłany na wojnę w Wietnamie, by "zabijać ludzi". Po powrocie do domu zderza się z bezduszną biurokracją i brakiem pracy. To smutny obraz człowieka, który po 10 latach od zakończenia służby nie ma dokąd pójść i czuje się kompletnie niepotrzebny.
Mało kto wie, że początkowo ten utwór miał zupełnie inny charakter i nosił tytuł "Vietnam". Bruce Springsteen napisał go pod koniec 1981 roku pod wpływem rozmów z weteranami i lektury ich wspomnień. Pierwsza wersja piosenki była mroczną, cichą balladą nagraną na domowym magnetofonie kasetowym. Dopiero kilka miesięcy później, podczas sesji z całym zespołem The E Street Band, kawałek zyskał swoją słynną, stadionową aranżację. To właśnie ta zmiana brzmienia sprawiła, że ludzie zaczęli słuchać tylko wykrzykiwanego w refrenie tytułu, kompletnie ignorując bolesne zwrotki o odrzuceniu i rozpaczy.
Ronald Reagan i wielkie nieporozumienie. Dlaczego prezydent USA uznał piosenkę za manifest?
Prawdziwe zamieszanie wokół piosenki zaczęło się we wrześniu 1984 roku. Konserwatywny publicysta George Will po wizycie na koncercie Springsteena uznał, że muzyk promuje tradycyjne amerykańskie wartości i patriotyzm. Tekst szybko podchwycił sztab Ronalda Reagana, który walczył wtedy o reelekcję. Prezydent podczas przemówienia w New Jersey wymienił Springsteena jako przykład artysty dającego nadzieję młodym Amerykanom. Wywołało to ogromną irytację u samego muzyka, który od zawsze utożsamiał się z klasą robotniczą i krytykował ówczesną władzę.
Prezydent mówił o mojej muzyce kilka dni temu. Zastanawiam się, jaki jest jego ulubiony album. Nie sądzę, żeby to była "Nebraska". Nie sądzę, żeby słuchał tej płyty – stwierdził Bruce Springsteen podczas koncertu w Pittsburghu
Boss nie poprzestał na złośliwym komentarzu ze sceny. Zaraz po tych słowach zagrał utwór "Johnny 99", który opowiada o zwolnionym z fabryki robotniku, który w akcie desperacji dopuszcza się zbrodni. Był to jasny sygnał, że jego twórczość nie jest radosną laurką dla rządu, ale krytycznym głosem ludzi zepchniętych na margines. Mimo to politycy różnych opcji przez kolejne dekady próbowali zawłaszczyć "Born in the U.S.A." dla swoich celów. Piosenkę wykorzystywali w kampaniach m.in. Bob Dole czy Pat Buchanan, co każdorazowo kończyło się interwencją prawników artysty i żądaniem natychmiastowego zaprzestania odtwarzania utworu.
Od kampanii Donalda Trumpa po 12 milionów od Chryslera. Bruce Springsteen mówi stanowcze "nie"
Problemy z niezrozumieniem piosenki ciągnęły się latami, a jednym z najnowszych przykładów było wykorzystanie jej przez zwolenników Donalda Trumpa w 2020 roku. Ludzie puszczali utwór pod szpitalem, w którym przebywał chory prezydent, wciąż wierząc, że to hymn pochwalny. Springsteen w swojej audycji radiowej nazwał całą sytuację absurdalną i podkreślił, że Trump jest zagrożeniem dla demokracji. Co ciekawe, muzyk równie twardo pilnuje swojej twórczości przed wykorzystaniem komercyjnym. Kiedy koncern Chrysler zaproponował mu rekordowe 12 milionów dolarów za użycie piosenki w reklamie samochodów, Boss odmówił bez chwili wahania. Uznał, że jego sztuka nie jest na sprzedaż, zwłaszcza w celach, które jeszcze bardziej zniekształciłyby jej prawdziwy przekaz.
Mit o sikaniu na flagę i powrót do korzeni. Jak ten utwór brzmi naprawdę?
Wokół płyty narosło wiele legend, w tym jedna dotycząca samej okładki. Zdjęcie wykonane przez Annie Leibovitz przedstawia tył muzyka na tle amerykańskiej flagi. Część konserwatywnych grup w latach 80. próbowała przekonywać, że Springsteen rzekomo oddaje mocz na barwy narodowe, co miało być dowodem na jego antyamerykańskość. Artysta szybko uciął te plotki, tłumacząc z rozbrajającą szczerością, że flaga była tylko tłem, a wybrano akurat to ujęcie, ponieważ jego tyłek wyglądał na zdjęciach lepiej niż twarz. Nie było w tym żadnej ukrytej profanacji, a jedynie wybór estetyczny.
Aby ostatecznie odzyskać swój utwór z rąk polityków i uświadomić ludziom, o czym on naprawdę jest, Springsteen zaczął grać go w zupełnie inny sposób. Podczas tras koncertowych w latach 90. i późniejszych występów na Broadwayu, zrezygnował z głośnych bębnów i syntezatorów. Wykonywał "Born in the U.S.A." solo na gitarze akustycznej, niemal melorecytując tekst. W tej surowej formie nikt nie miał już wątpliwości, że to smutna opowieść o zdradzonym weteranie, a nie radosna pieśń na wyborczy wiec. Paradoksalnie to właśnie to wielkie nieporozumienie sprawiło, że album sprzedał się w ponad 30 milionach egzemplarzy, czyniąc ze Springsteena światową supergwiazdę.