Początek XXI wieku był w rocku królestwem szerokich spodni i odwróconych czapek z daszkiem. Muzyczny krajobraz zdominowany przez testosteron i surową, pozbawioną melodii agresję nie zostawiał wiele miejsca na niuanse. Z drugiej strony barykady stał gotyk – mroczny, teatralny, ale równie mocno osadzony w swoich estetycznych ramach. A potem, gdzieś pośrodku, pojawiła się ona. Amy Lee. Wokalistka Evanescence, ubrana w wiktoriańskie suknie i ciężkie buty, śpiewająca o bólu z siłą operowej diwy, przy akompaniamencie fortepianu i potężnych, metalowych gitar. Była inna. Nie pasowała ani do chłopaków z nu-metalowego podwórka, ani do eterycznych, gotyckich księżniczek. Ta inność rodziła pytania, a czasem drwiny. Lee odpowiadała na nie z rozbrajającą szczerością, która idealnie oddawała ducha jej artystycznej niezależności.
Szczerze mówiąc, po prostu noszę to, co lubię. Wiesz dlaczego? Bo mogę, jestem gwiazdą rocka.
Te słowa, rzucone pozornie od niechcenia, były w rzeczywistości deklaracją suwerenności. Manifestem wykutym w ogniu trudnych doświadczeń, o których fani, zasłuchani w „Bring Me to Life”, nie mieli wtedy pojęcia. To nie była tylko kwestia mody. To była kwestia władzy.
Skąd wzięła się ta potrzeba wolności?
Historia Evanescence zaczęła się jak rockowa bajka. Dwoje nastolatków, Amy Lee i Ben Moody, spotyka się na młodzieżowym obozie. Oboje czują się outsiderami, a muzyka staje się ich wspólnym językiem. Ona – klasycznie wykształcona pianistka z mroczną duszą. On – gitarzysta z talentem do chwytliwych, ciężkich riffów. Razem tworzą coś wyjątkowego: połączenie filmowej, symfonicznej dramaturgii z metalowym ciężarem. Sukces albumu „Fallen” z 2003 roku był eksplozją. Świat oszalał na punkcie ich muzyki. Ale za kulisami narastał dramat, który miał zdefiniować przyszłość zespołu.
Moody, współzałożyciel i główny kompozytor, miał wizję mocno komercyjną. Chciał pchać zespół w stronę popu, upraszczać, dostosowywać do wymagań rynku. Lee, autorka tekstów i serce Evanescence, czuła, że to zdrada. Ich współpraca, początkowo oparta na artystycznej symbiozie, zamieniła się w pole bitwy. On kontrolował, ona walczyła o każdy centymetr twórczej przestrzeni. Upokarzające kompromisy i poczucie bycia tłamszoną we własnym zespole stały się jej codziennością. To była cicha wojna, której kulminacją było nagłe odejście Moody'ego w trakcie europejskiej trasy koncertowej w październiku 2003 roku. Dla fanów był to szok. Dla niej, jak sama przyznała po latach, ulga. Koniec kreatywnej dyktatury był początkiem prawdziwego Evanescence.
"Bo mogę". Czy Amy Lee właśnie wtedy odzyskała kontrolę?
Odejście Moody’ego było jak zdjęcie ciężaru. Nagle okazało się, że Amy Lee nie jest już tylko „wokalistką”, ale liderką z krwi i kości. Album „The Open Door” z 2006 roku był tego najlepszym dowodem. To płyta odważniejsza, bardziej złożona i o wiele bardziej osobista. Lee, współpracując z nowym gitarzystą Terrym Balsamo, wreszcie mogła rozwinąć skrzydła. Bez kompromisów. Bez patrzenia na listy przebojów.
To wtedy jej publiczny wizerunek – teatr jednego aktora, w którym suknie, makijaż i gesty były równie ważne co muzyka – nabrał pełnego znaczenia. Był wizualnym manifestem odzyskanej wolności. Jej styl, wcześniej postrzegany jako gotycka fanaberia, stał się symbolem artystki, która sama decyduje o każdym aspekcie swojej twórczości. Od kompozycji, przez teksty, aż po ostatni szew na scenicznej kreacji. Ale wolność miała swoją cenę. Lee musiała zmierzyć się z nowymi demonami: presją wytwórni, inwazyjnymi fanami, którzy zmuszali ją do opuszczania własnego domu, i ciężarem wspomnień, które przepracowywała na terapii. Wszystko to znalazło ujście w muzyce, jak w utworze „Snow White Queen”, opowiadającym o stalkerze z dwóch perspektyw – ofiary i prześladowcy.
Wojna z wiatrakami, czyli jak nie dać się zamknąć w szufladzie
Walka o niezależność nie skończyła się na wyrwaniu z toksycznej relacji artystycznej. Prawdziwym przeciwnikiem okazał się przemysł muzyczny. Przez lata Lee toczyła batalię z wytwórnią Wind-up Records, która próbowała formatować jej twórczość i ograniczać jej wizję. Punktem zapalnym była próba odrzucenia materiału na trzeci album w 2010 roku, który zdaniem wytwórni był zbyt mało komercyjny. Wściekłość i frustracja pchnęły ją do napisania najcięższego materiału w karierze zespołu.
Ostateczna wolność nadeszła dopiero w 2014 roku, gdy po wygranym procesie o niezapłacone tantiemy, ogłosiła na Twitterze, że po 13 latach jest wreszcie wolną i niezależną artystką. To zdanie było dopełnieniem jej słów o byciu gwiazdą rocka. Bo bycie gwiazdą rocka w jej rozumieniu nie oznaczało blichtru i przywilejów. Oznaczało prawo do bycia sobą. Prawo do noszenia tego, co się lubi, i grania tego, co dyktuje serce, a nie prezes w garniturze. Jej styl, postrzegany na początku kariery jako kostium, okazał się zbroją. A deklaracja „bo mogę” – najważniejszym utworem, jakiego nigdy nie nagrała.