Donald Trump to osoba, która ma na świecie równie duże grono zwolenników, co i zagorzałych przeciwników. Nie jest żadną tajemnicą fakt, że do tego drugiego grona należy muzyk, który z amerykańską kulturą kojarzy się w sposób szczególny. Bruce Springsteen, bo to o nim mowa, nigdy nie ukrywał swojej niechęci do obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Wyjątkowo mocno wybrzmiewa to teraz, gdy polityk sprawuje już drugą kadencję na stanowisku. Już w ubiegłym roku miały miejsce publiczne przepychanki między muzykiem a Trumpem, a służyły im do tego scena i platforma 'Truth Social', założona przez prezydenta Ameryki. W tym roku jednak, głownie ze względu na działania funkcjonariuszy ICE na terenie USA, zwłaszcza w Minneapolis, protesty "Bossa" przeciwko Trumpowi nabrały innego wymiaru. W styczniu światło dzienne ujrzała kompozycja Streets of Minneapolis, którą muzyk nagrał w reakcji na zabójstwo mieszkanki tego miasta, Renée Nicole Good, z rąk jednego z agentów służb.
Biały Dom ponownie krytykuje Bruce'a Springsteena
Administracja Trumpa początkowo starała się udowadniać, że kolejne artystyczne działania artysty są jej całkowicie obojętne i zamierza skupiać się na swoich sukcesach i kolejnych osiągnięciach. Wygląda jednak na to, że czarę goryczy przelało ogłoszenie przez "Bossa" szczegółów wyjątkowej trasy koncertowej po ojczyźnie.
"Land of Hope and Dreams" ma w swoim zamierzeniu "pobudzenie miast do hołdu i obrony Ameryki — amerykańskiej demokracji, amerykańskiej wolności, naszej amerykańskiej konstytucji i naszego świętego amerykańskiego snu — które są atakowane przez naszego aspirującego króla i jego zbuntowany rząd w Waszyngtonie".
Padające w ogłoszeniu trasy słowa nie przypadły do gustu dyrektorowi ds. komunikacji Białego Domu. Niejaki Steven Cheung wydał dość agresywne w swojej wymowie oświadczenie, w którym nazywa "Bossa" "nieudacznikiem, którego dni chwały są już dawno za nim". Do tego zarzuca artyście często w ostatnim czasie przytaczany, ale wciąż bliżej nie zdiagnozowany "syndrom szaleństwa na punkcie Donalda Trumpa". Po raz pierwszy prezydent przypisał go zmarłemu w grudniu ubiegłego roku reżyserowi Robowi Reinerowi, również nie wyjaśniając o co dokładnie chodzi. Słowa Trumpa, ze względu na fakt, iż filmowiec i jego żona zostali zamordowani przez własnego syna, zbudziły ogromne kontrowersje.