Widmo końca kariery i trasa koncertowa na dno
W 1975 roku sytuacja zespołu Rush była tragiczna. Ich trzecia płyta, zatytułowana "Caress of Steel", okazała się rynkową klapą, a promujące ją koncerty muzycy nazywali ironicznie "Down the Tubes Tour", co w wolnym tłumaczeniu oznaczało trasę na dno. Zespół grał w małych, niemal pustych klubach, a zarobki często nie wystarczały nawet na opłacenie hoteli czy ekipy technicznej. Mercury Records, czyli wytwórnia wydająca ich płyty, straciła cierpliwość do artystycznych poszukiwań tria i postawiła twarde ultimatum. Albo muzycy nagrają krótkie, trzyminutowe piosenki, które polubi radio, albo ich kontrakt zostanie natychmiast rozwiązany.
Geddy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart stanęli przed najtrudniejszym wyborem w swojej karierze. Menedżer zespołu, Ray Danniels, był pod ogromną presją dyrektorów z Chicago, którzy chcieli powrotu do prostego rocka z debiutanckiego albumu. Muzycy czuli jednak, że pójście na ustępstwa byłoby zdradą ich własnej wizji. Zamiast posłuchać szefów wytwórni, postanowili nagrać płytę dokładnie taką, o jakiej marzyli, nawet jeśli miałaby być ich ostatnim wspólnym projektem.
Jeśli mamy pójść na dno, to zrobimy to na własnych warunkach, z płonącymi sztandarami – wspominał po latach gitarzysta Alex Lifeson w rozmowie z "Classic Rock Magazine"
Bunt w studiu i 20 minut muzycznego science-fiction
Efektem tego buntu był album "2112", wydany w marcu 1976 roku. Największym wyzwaniem dla wytwórni był utwór tytułowy, który trwał ponad 20 minut i zajmował całą pierwszą stronę winyla. Za warstwę liryczną odpowiadał perkusista Neil Peart, który stworzył mroczną historię osadzoną w dystopijnej przyszłości. Opowieść skupiała się na Galaktycznej Federacji kontrolowanej przez totalitarnych Kapłanów Świątyń Syrinx, którzy zakazali wszelkiej sztuki i indywidualizmu. Główny bohater znajduje w jaskini starą gitarę i próbuje przywrócić muzykę światu, ale jego starania kończą się tragicznie. Peart przyznał we wkładce do płyty, że inspiracją była dla niego twórczość Ayn Rand, co w późniejszych latach wywołało sporo kontrowersji w mediach. Aby oddać grozę dyktatury, producent Terry Brown namówił Geddy'ego Lee do śpiewania w ekstremalnie wysokich rejestrach, co nadało całości agresywnego, futurystycznego charakteru.
Sukces, którego nikt w biurze nie przewidział
Kiedy taśmy z gotowym materiałem trafiły do biura w Chicago, szefowie Mercury Records byli załamani. Byli pewni, że 20-minutowa suita o kosmosie to komercyjne samobójstwo i początkowo w ogóle nie planowali promować tego wydawnictwa. Stało się jednak coś, czego nikt nie przewidział. Płyta "2112" błyskawicznie zaczęła znikać ze sklepów w Detroit i Cleveland, a lokalne stacje radiowe, ignorując zalecenia o krótkich piosenkach, puszczały na antenie całą suitę. Fani rocka byli zachwyceni bezkompromisowością zespołu.
Album ostatecznie dotarł do 61. miejsca listy Billboard 200 i z czasem pokrył się potrójną platyną w Stanach Zjednoczonych. To właśnie przy tej okazji narodziło się słynne logo "Starman", przedstawiające nagiego człowieka na tle czerwonej gwiazdy, które stało się symbolem walki jednostki z opresyjnym systemem. Sukces albumu był tak wielki, że wytwórnia nigdy więcej nie odważyła się dyktować muzykom z Rush, jak mają grać. Zespół zyskał absolutną wolność artystyczną, która pozwoliła im przetrwać na scenie przez kolejne dekady.
Oskarżenia o faszyzm i bolesna przeszłość Geddy'ego Lee
Mimo ogromnego sukcesu, fascynacja Pearta filozofią indywidualizmu ściągnęła na zespół kłopoty w Europie. Brytyjski tygodnik "NME" opublikował w 1978 roku artykuł, w którym sugerowano, że Rush promuje idee zbliżone do faszyzmu. Dla muzyków był to potężny cios, a szczególnie mocno przeżył to wokalista Geddy Lee. Jako syn polskich Żydów, którzy przeżyli piekło obozów koncentracyjnych w Auschwitz i Dachau, uznał te oskarżenia za wyjątkowo krzywdzące i absurdalne. Dziennikarze kompletnie zignorowali fakt, że historia na płycie "2112" była protestem przeciwko tyranii, a nie jej pochwałą.
Z biegiem lat Neil Peart zdystansował się od radykalnych poglądów Ayn Rand, określając samego siebie jako człowieka o bardziej liberalnym podejściu, ale sama płyta pozostała nienaruszalnym pomnikiem rocka progresywnego. Dzięki temu, że w 1976 roku trio z Toronto miało odwagę powiedzieć "nie" korporacyjnym oczekiwaniom, historia muzyki wzbogaciła się o jedno z najważniejszych koncepcyjnych dzieł XX wieku. Rush udowodnili wtedy, że lojalność wobec własnej sztuki opłaca się bardziej niż próba przypodobania się masowemu odbiorcy za wszelką cenę.