Zwierzęta brodzące we własnych odchodach, wystające druty w kojcach i larwy w chłodni z padłymi psami. To wstrząsający obraz, jaki wyłania się z raportu dwójki bytomskich radnych, Macieja Bartkowa (PiS) i Beaty Adamczyk-Nowak (KO), na temat nieprawidłowości w schronisku w Bytomiu. Przez lata na jaw wychodziły kolejne afery, jednak dopiero presja społeczna i nagłośnienie sprawy przez influencerów, w tym piosenkarkę Dodę, zmusiły władze miasta do działania. W styczniu zerwano umowę z firmą, która zarządzała placówką od 13 lat.
Sprawę bada Prokuratura Okręgowa w Katowicach, która prowadzi śledztwo w sprawie podejrzenia zabijania zwierząt oraz nieprawidłowości finansowych.
Zależy nam na tym, by wyjaśnić od początku do końca sprawę funkcjonowania schroniska i wszystkie wątpliwości - zapewnia Małgorzata Węgiel-Wnuk, rzeczniczka UM w Bytomiu.
Horror w Bytomiu trwał latami
Problemy w bytomskim azylu zaczęły się już w 2010 roku. Jak wynika z opracowania radnych, kontrola NIK ujawniła wtedy, że śmiertelność zwierząt w placówce sięgała ona prawie 50 proc. W 2009 roku na 1855 zwierząt aż 536 poddano eutanazji. Powodem miały być choroby zakaźne i oszczędności na profilaktyce. Kierowniczką schroniska była już wówczas Anna K.
Mimo druzgocącego raportu i protestów mieszkańców, w 2013 roku Anna K. ponownie wygrała przetarg na prowadzenie placówki, tym razem z nowo założoną spółką. Obiecywała "nowe standardy", twierdząc, że wcześniej jako szeregowy pracownik nie miała na nic wpływu. Było to jednak nieprawdą, gdyż pełniła funkcję kierowniczki.
W 2015 roku były pracownik nagrał film o uśmiercaniu psów, gdy schronisko było przepełnione. Mówiono o tzw. kojcu 13, gdzie agresywne psy miały być zagryzane przez inne. Mimo to władze Bytomia kontynuowały współpracę z Anną K. W 2022 roku Powiatowy Lekarz Weterynarii w Katowicach ujawnił, iż "eutanazji poddano zwierzęta bez stwierdzenia konkretnej przyczyny, bądź przyczyna wskazywała na możliwość podjęcia leczenia zwierzęcia, a nie konieczność eutanazji".
Protest pod schroniskiem. Znane osoby ratują zwierzęta
Milionowy biznes na cierpieniu zwierząt?
Jak ujawnili radni, tylko w ciągu ostatnich dwóch lat prywatna spółka Anny K. otrzymała z miejskiej kasy łącznie 5,6 mln zł. To jednak nie wszystko. Kobieta prowadziła też stowarzyszenie, które w 2022 roku na wynagrodzenia dla zarządu wydało 162 tys. zł.
Firma Anny K. miała również podpisane umowy z 9 ościennymi gminami. Za przyjęcie psa pobierała od 2 do 4 tys. zł, a za kota od 1,2 do 1,7 tys. zł. Jednocześnie za dzierżawę 5 kojców na terenie schroniska płaciła miastu symboliczną kwotę 186 zł miesięcznie. W 2022 roku w placówce przebywało 356 psów z Bytomia i 162 z innych gmin, które oficjalnie miały zmieścić się w pięciu kojcach.
Tragiczna historia psa Murzyna pokazuje dramat psów w Bytomiu
Zobacz zdjęcia
Miasto zrywa umowę. Co dalej ze schroniskiem w Bytomiu?
Pod presją opinii publicznej, w styczniu 2024 roku, władze Bytomia zerwały umowę z firmą Anny K. Prezydent Mariusz Wołosz przyznał, że zawinili również miejscy urzędnicy. Miasto nałożyło na byłą zarządczynię karę umowną w wysokości ponad 482 tys. zł.
Obecnie schronisko podlega gminie, która rozpoczęła wprowadzanie zmian.
Zatrudniono nowy personel, w tym techników weterynarii i behawiorystę, zwierzęta zostały przebadane, a gabinet weterynaryjny doposażony. Zbudowano nową, ocieplaną kociarnię i zainstalowano ogrzewanie w budynkach. Wznowiono adopcje, a opłaty za nie zostały zmniejszone. Organizowane są spacery z psami dla wolontariuszy.
Dochodzenie w sprawie znęcania się nad zwierzętami prowadzi Prokuratura Okręgowa w Katowicach. Miasto z własnej inicjatywy zawiadomiło także NIK oraz Urząd Skarbowy, by dogłębnie wyjaśnić wszystkie aspekty wieloletnich nieprawidłowości.
Źródło: Afera w schronisku w Bytomiu. Tak przez 13 lat zarabiano na cierpieniu zwierząt