O serialu, który zabiła jego własna popularność. Czy przez strategię Netflixa ten sam los czeka wszystkie duże franczyzy?

W publicznym dyskursie przyjęło się, że za upadek "Gry o tron" odpowiada "lenistwo" George'a R. R. Martina, który od 15 lat nie może skończyć "Wichrów zimy". Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana, a głównym winowajcą wcale nie jest autor literackiego pierwowzoru. Czyżby fiasko finału hitu HBO było zapowiedzią zmian w świecie seriali, którego w porę nie wychwyciliśmy? O tym porozmawiałam z Kamilem Goławskim, twórcą internetowym, którego możecie znać pod nazwą Grafoman_tv.

Czy wszystkie duże franczyzy czeka ten sam los, co Grę o tron?
Autor: Netflix; HBO/ Materiały prasowe

To nie brak "Wichrów zimy" pogrążył "Grę o tron"

Zapewne choć raz w życiu spotkaliście się z tezą, że finał "Gry o tron" byłby satysfakcjonujący, gdyby tylko George R. R. Martin wziął się do roboty i w porę napisał "Wichry zimy" oraz "Sen o wiośnie". Twórcy serialu, David Benioff i D.B. Weiss, przez fandom zwani prześmiewczo "Dedekami", mieliby bowiem z czego szyć i wszystko potoczyłoby się wspaniale i zgodnie z planem. Sęk w tym, że to nieprawda.

"Ród smoka" - rozmawiamy z Gayle Rankin, serialową Alys Rivers, o wydarzeniach z 3. sezonu | WYWIAD

Każdy, kto przeczytał "Pieśń Lodu i Ognia" wie, że "Gra o tron" przestała być ekranizacją na etapie czwartego sezonu, w którym to zaczęły pojawiać się coraz agresywniejsze zmiany i uproszczenia w fabule. Hit HBO, który zdążył już wówczas stać się prawdziwym fenomenem i zredefiniować to, jak postrzegamy dziś seriale, zmienił się w adaptację, po to tylko, by w kolejnej, piątej, odsłonie przepoczwarzyć się już w kiepskie fanfiction. Skąd te wnioski? Spójrzmy na technikalia: pierwszy sezon serialu ekranizował pierwszy tom z serii, czyli "Grę o tron". Drugi stanowił ekranizację kolejnego tomu, "Starcia królów". Sezony trzeci i czwarty to już z kolei przeniesienie na ekran trzeciej książki, "Nawałnicy mieczy" - podyktowane było to nie tylko słusznym rozmiarem książki, ale i złożonością fabuły. Idąc tym tropem, kolejne dwa tomy - "Uczta dla wron" oraz "Taniec ze smokami" - winny posłużyć za kanwę dla sezonów pięć i sześć oraz siedem i osiem. A tak, jak wiemy, się nie stało.

W książce "Ogień nie zabije smoka" autorstwa Jamesa Hibberda poznajemy kulisy powstania "Gry o tron" i dowiadujemy się, że gdy David i Dan doszli do etapu "Uczty dla wron", zadzwonili do George'a i z paniką poinformowali go, że tej książki nie da się zekranizować. Autor namnożył bowiem wątków oraz dodał nowych bohaterów, przez co ta i tak już złożona oraz wielowarstwowa fabuła urosła do rozmiarów, których twórcy serialu nie byli w stanie podźwignąć. Co więcej, początkowo "Uczta..." i "Taniec ze smokami" miały być jedną książką, George - a raczej jego wydawca - doszedł jednak do wniosku, że taka "kobyła" byłaby już lekką przesadą, zatem podzielili ją na pół - ale nie chronologią wydarzeń, a rozdziałami z perspektywy poszczególnych bohaterów. W praktyce oznaczało to, że w "Uczcie dla wron" nie spotykamy ani Daenerys, ani Jona Snowa, ani Tyriona Lannistera. I o ile książka mogła sobie na taki ruch pozwolić, serial niekoniecznie - bez ulubieńców widzów w sezonie piątym serial nadto ryzykował utratą widowni, na którą twórcy nie mogli sobie pozwolić.

CZYTAJ TEŻ: Czy kultura fandomów wykończy filmy i seriale?

Każdy sukces wiąże się z bolączką - gdy osiągniesz jakiś rekord, od teraz staje się on twoim "bare minimum". Dokładnie tak wygląda to w świecie seriali (i nie tylko), zatem "Gra o tron", która na wysokości czwartego sezonu urosła już do rozmiarów Behemota, mierzyła się z nie lada wyzwaniem - jak przyciągać przed ekrany jeszcze więcej widzów? Już sam gatunek fantasy dość mocno ograniczał grupę docelową (stąd w serialu zminimalizowano obecność elementów magicznych, które występują w książkach), a do tego dochodziła coraz bardziej zagmatwana fabuła. Zatem, przerażeni rozmiarami literackiego pierwowzoru i naciskami ze strony HBO, że "Grę o tron" mają oglądać nawet "futboliści i kury domowe" (niesławne słowa "Dedeków", które padły podczas panelu dyskusyjnego na Austin Film Festival w październiku 2019 roku), twórcy postanowili potraktować "Ucztę..." i "Taniec..." jak jedną książkę, po czym wyrzucić z niej zdecydowaną większość zawartości, a to, co zostało, zmodyfikować na tyle, by fabuła była możliwie jak najprostsza i przystępna nawet dla "niedzielnego" odbiorcy, który ogląda "Grę o tron" malując paznokcie lub grając w CS-a.

Twórcy "Gry o tron" od początku chcieli, żeby serial poszedł szerzej niż tylko do fanów fantasy. To fajna myśl, ale na spokojnie można to było zrobić bez usuwania bardziej "wymagających" od widza scen. W pewien sposób zabrali z serialu coś, co sprawiło, że stał się fenomenem

- komentuje w naszej rozmowie Kamil Goławski i trafia w punkt. Prosta jak budowa cepa "Gra o tron" przestała być "Grą o tron", którą wszyscy pokochaliśmy. Debiut "Wichrów zimy" w żadnym stopniu by jej nie uratował, bowiem fabuła serialu i tak nazbyt już odbiegała od pierwowzoru (więc możecie też zamilknąć z tymi waszymi teoriami "George tyle pisze tę książkę, bo po finale serialu wie, że ludziom nie spodoba się zakończenie" - ono nie ma prawa być nawet podobne).  

CZYTAJ TEŻ: "Ród smoka". Aemonda czeka przemiana na miarę Jaime'a Lannistera? Aktor rozwiał wątpliwości

Czy wszystkie duże franczyzy czeka ten sam los, co "Grę o tron"?

Taktyka upraszczania fabuły, by dotrzeć do "futbolistów i kur domowych" z pewnością wydaje wam się znajoma - obecnie słynie z niej Netflix. Czy dostosowywanie scenariuszy do widzów scrollujących sociale i tym samym ogłupianie projektów, które w innych okolicznościach mogłyby być ambitne, to nowe realia świata filmów i seriali? Czy ten sam los czeka wszystkie duże franczyzy? Kamil Goławski uważa, że aż tak fatalistyczne podejście nie jest w tej sytuacji wskazane, choć swoje piętno ta strategia z pewnością odciśnie.

Nie sądzę, żeby był to nieunikniony los każdej popularnej franczyzy, ale istnieje ryzyko, że wiele tytułów spotka przez to smutny los. Im większe pieniądze zaczynają krążyć wokół jakiegoś projektu, tym większa pokusa, żeby trafiał do szerszej grupy odbiorców. Jednak moim zdaniem samo zwiększenie przystępności dla większej grupy odbiorców nie musi być problemem – można robić dobre historie, które są proste.

Według mnie problem pojawia się wtedy, kiedy twórcy przestają ufać widowni, a zaczynają przechodzić w banał i przypominać wszystko co parę minut, żeby na pewno ktoś się nie zgubił w narracji. Najbardziej przeraża mnie myśl, że producenci mogą pomyśleć coś w stylu "Ludzie pewnie i tak scrollują w trakcie oglądania, więc przypomnijmy im znowu o co chodzi". Jeżeli zaczniemy projektować seriale pod widza, który tylko połową uwagi ogląda serial, to może się okazać, że cierpią na tym również ci, którzy naprawdę chcą się w to zaangażować - skwitował mój rozmówca.

“Ród smoka” czy “Gra o tron”? Rozpoznaj serial po cytacie
Pytanie 1 z 15
Any man who must say “I am the King” is no true king.
“Ród smoka” czy “Gra o tron”? Rozpoznaj serial po cytacie

CZYTAJ TEŻ: "Ród smoka". Oto co już wiemy o 4. sezonie. Trochę na niego poczekamy

Źródło: O serialu, który zabiła jego własna popularność. Czy przez strategię Netflixa ten sam los czeka wszystkie duże franczyzy?