Zagranie supportu przed Michaelem Jacksonem było marzeniem tysięcy artystów z całego świata. O tym, jakie emocje towarzyszyły jego realizacji, na własnej skórze przekonał się Aleksander Klepacz. Na fali popularności piosenki "Lato" Formacja Nieżywych Schabuff otrzymała propozycję nie do odrzucenia. Chodziło o rozgrzanie publiczności przed pierwszym i - jak się okazało - jedynym koncertem króla muzyki pop w naszym kraju. Michael Jackson wystąpił na warszawskim lotnisku Bemowo w piątek, 20 września 1996 roku, a jego show - największe wówczas w historii Polski - spod sceny oglądało ponad 120 tysięcy osób.
Przeczytaj reportaż: Michael Jackson w Polsce. Warszawski sen króla muzyki pop
Informację o tym, że zagramy przed Jacksonem dostałem od Piotra Metza. (...) Piotr wysyłał nasze płyty, reprezentował nas w rozmowach, mieliśmy stosowne wytyczne, ile miejsca na scenie jest nam przeznaczone. Fantazja spowodowała, że wychodziliśmy poza ramy, co wzbudzało sympatyczne, ale zdecydowane reakcje dyscyplinujące - wyjawił Aleksander Klepacz na łamach reportażu "Michael Jackson w Polsce. Warszawski sen króla muzyki pop".
Artystę zaskoczył rozmach towarzyszący organizacji koncertu Jacksona w Warszawie.
Chcę jednak podkreślić, że zostaliśmy potraktowani wyjątkowo: od garderoby (namiot), która wprawiła nas w zakłopotanie, po dywany, wersalki, fotele, catering na poziomie przekraczającym standardy znane w naszym kraju. Opiekowano się nami z wielkim szacunkiem należnym artystom, choć byliśmy tylko supportem z Polski. Dla nich to był standard, dla nas szok. To była fabryka w pełni autonomiczna i samowystarczalna. Wszystko przyleciało z USA, włącznie z wodą, nie wspominając o całej artystycznej logistyce. Mieliśmy zaszczyt doświadczyć show, którego w tej części Europy nikt jeszcze nie widział i to zarówno od strony technicznej i artystycznej - dodał.
Klepacz padł ofiarą żartu za kulisami koncertu Jacksona
Wokalista nie krył wzruszenia. Możliwość zaprezentowania się przed ponad 100-tysięczną publicznością była dla niego spełnieniem marzeń.
Dla nas wyjście na scenę i ogarnięcie 120-tysięcznego "morza" ludzi było przeżyciem nie do opisania. Mieliśmy świadomość, że to nie nasza publiczność, ale zostaliśmy w konsekwencji przyjęci z wielkim entuzjazmem. Zagraliśmy koło 30-40 minut i były to same hity. Płakałem jak dziecko, słysząc jak 120 tysięcy gardeł śpiewa nasze piosenki. No, emocje nie do opisania - opowiedział.
Muzyczne doznania przysłoniły nawet rozczarowanie wynikające z żartu. Na spotkanie z Formacją Nieżywych Schabuff przyprowadzono nie Michaela Jacksona, a... jego sobowtóra!
Nie spotkaliśmy się osobiście z Królem. Jego spotkanie z Olą Kwaśniewską mocno się przedłużyło i skradło nam ten czas. Spotkaliśmy się z sobowtórem, nie wiedząc o tym, co na tamten moment dało nam satysfakcję. Rozczarowanie nastąpiło post factum. Miałem natomiast przyjemność oglądać koncert pod samą sceną i choć od tego czasu widziałem wiele koncertów, to tamte emocje zostaną niepokonane - zapewnił.