Johnny Depp wzorował na nim swoją najsłynniejszą postać. Gdy wreszcie mieli zagrać razem, Keith Richards spadł z drzewa

Na jego widok milkli najwięksi awanturnicy Karaibów, a jego autorytet był niekwestionowany. Mało kto jednak wie, że rola napisana dla legendy rocka niemal przepadła przez ciąg pechowych zdarzeń, z wyjątkowo absurdalnym upadkiem na czele.

Gdy na ekranie pojawiła się ta postać, w sali obrad Rady Bractwa zapadła cmentarna cisza. Wystarczyło jedno groźne spojrzenie, by natychmiast ucichły najgłośniejsze spory. „Kodeks to prawo” - ta dewiza wisiała w powietrzu, zanim z cienia wyłonił się kapitan Teague. W filmie "Piraci z Karaibów: Na krańcu świata" w tę tajemniczą postać wcielił się nie kto inny, jak sam Keith Richards, legendarny gitarzysta The Rolling Stones. Zagrał ojca Jacka Sparrowa, pirackiego lorda Madagaskaru oraz strażnika Kodeksu Piratów, którego pozostali lordowie wyraźnie się bali. Choć jego obecność mogła umknąć mniej uważnym widzom, dla wtajemniczonych stanowiła prawdziwy majstersztyk.

MELLINA - Motyka

Jak legenda rocka zainspirowała najsłynniejszego pirata XXI wieku?

Ta filmowa obecność była czymś znacznie więcej niż tylko przelotnym epizodem. Gdy Johnny Depp budował postać Jacka Sparrowa, szukał dla swojego bohatera specyficznej, nieoczywistej charyzmy. Odnalazł ją właśnie w sposobie bycia i ruchach gitarzysty The Rolling Stones. Nic dziwnego, że kinomani na całym świecie marzyli o zobaczeniu obu artystów w jednym kadrze. Pierwsze pogłoski o tym, że Keith Richards ma zagrać ojca Jacka Sparrowa, pojawiły się już w 2004 roku, a kolejne doniesienia powróciły ze zdwojoną siłą w 2006 roku. Droga legendarnego muzyka na plan filmowy okazała się jednak wyjątkowo kręta. Pierwotnie planowano, że muzyk pojawi się w produkcji "Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka", jednak twórcy stanęli przed ścianą. W wielowątkowej fabule drugiej części po prostu zabrakło miejsca na wprowadzenie tak wyrazistej postaci. Na przeszkodzie stanął również napięty harmonogram gigantycznej trasy koncertowej The Rolling Stones, który uniemożliwiał pogodzenie terminów.

Dlaczego pechowy upadek z drzewa omal nie przekreślił udziału muzyka?

Gdy wydawało się, że przy trzecim rozdziale pirackiej epopei wszystko pójdzie gładko, nad projektem znów zawisły czarne chmury. Niewiele brakowało, by artysta w ogóle nie zdążył na zdjęcia do filmu "Piraci z Karaibów: Na krańcu świata". Przyczyną nieszczęścia był absurdalny wypadek - Richards doznał bowiem obrażeń po upadku z drzewa. Kontuzja postawiła pod wielkim znakiem pytania udział gwiazdy w superprodukcji, której budżet sięgał astronomicznej na tamte czasy kwoty 300 milionów dolarów. Determinacja twórców była jednak bezgraniczna. W czerwcu 2006 roku reżyser Gore Verbinski zdołał w końcu tak dopasować harmonogram muzyka, aby ten mógł bezpiecznie stanąć przed kamerami we wrześniu. Cała ekipa musiała dostosować się do rytmu rockandrollowca, ale efekty na ekranie wynagrodziły wszelkie starania i logistyczne gimnastyki.

Co sprawiło, że ten krótki występ do dziś budzi emocje?

Choć pojawienie się artysty na ekranie trwało zaledwie chwilę, kapitan Teague błyskawicznie zdominował swoją scenę. Przeniósł na plan autentyczną swobodę, stoicki spokój i niebezpieczny urok, tworząc postać niezwykle magnetyczną. Jego ekranowy autorytet sprawiał, że bez trudu można było uwierzyć, iż to właśnie on powściąga bezprawie na pirackich morzach. Pojawienie się muzyka w filmie "Piraci z Karaibów: Na krańcu świata" to do dziś jeden z najciekawszych przykładów tego, jak świat muzyki rockowej może wspaniale przenieść się do hollywoodzkiego kina akcji. Stało się absolutnym klasykiem wśród filmowych ciekawostek - smaczkiem, do którego fani wracają z ogromną nostalgią przy każdym ponownym seansie.