Na początku XXI wieku rockowa scena potrzebowała nowego bohatera. Albo antybohatera. Kogoś, kto nie będzie kolejnym klonem kalifornijskiego surfera z deskorolką ani napompowanym testosteronem nu-metalowcem w za dużych spodniach. W tę pustkę, w szarą strefę między komercyjnym buntem a artystyczną pretensją, weszli oni. Czterech gości z New Jersey, z twarzami pomalowanymi na biało, w czarnych mundurach jak z upiornego snu Tima Burtona. Prowadzili swoją mroczną paradę przez serca i słuchawki całego pokolenia. To właśnie ten obraz, ten rodzaj rockowego zaangażowania, wrył się w pamięć Dominica Harrisona, chłopaka z Doncaster, który dekadę później miał przedstawić się światu jako Yungblud. Jego spojrzenie na tamte czasy mówi wszystko o tym, czego szukał w muzyce.
Wychowałem się na rock and rollu w wydaniu zespołów takich jak My Chemical Romance, które naprawdę miały coś do powiedzenia i poruszały autentyczne tematy.
Te słowa to coś więcej niż tylko kurtuazyjny ukłon w stronę idoli z młodości. To deklaracja, niemal manifest, który próbuje połączyć dwie zupełnie różne epoki rocka i ustawić samego Yungbluda w roli dziedzica pewnej bardzo specyficznej tradycji. Tradycji, w której makijaż, teatralność i przerysowane gesty nie były ucieczką od rzeczywistości, ale jej najbardziej dosadnym komentarzem.
Co właściwie kryło się za czarnym eyelinerem?
My Chemical Romance nie było zwykłym zespołem. Byli konceptem, ucieleśnieniem lęków post-9/11, głosem dzieciaków z przedmieść, które czuły, że świat dorosłych serwuje im kłamstwa opakowane w patriotyczne frazesy. Gerard Way, ich charyzmatyczny lider, nie był typowym frontmanem. Bardziej niż rockmana przypominał postać z komiksu, który sam rysował – wrażliwego, neurotycznego artystę rzuconego w sam środek cyrku, nad którym nie do końca panował. Ich magnum opus, album „The Black Parade”, nie był zbiorem piosenek. To była rock opera o śmierci, stracie i poszukiwaniu nadziei w najciemniejszych zakamarkach ludzkiej duszy. Opowiadali o raku, o wojnie, o złamanych obietnicach i pękniętych sercach z taką emfazą, że dla jednych było to nieznośnie patetyczne, a dla innych – jedyne prawdziwe katharsis.
Oni nie grali muzyki dla wszystkich. Tworzyli hymny dla odrzuconych, dla tych, którzy czuli się niewidzialni. I właśnie w tym tkwiła ich siła. Gerard Way nie krzyczał „bawcie się dobrze”, tylko „nie jesteście sami w swoim cierpieniu”. To był ten rodzaj autentyczności, o którym po latach mówił Yungblud. Autentyczność nie polegała na prostocie i graniu trzech akordów w garażu, ale na totalnym oddaniu się artystycznej wizji, nawet jeśli była ona mroczna, skomplikowana i dla wielu kompletnie niezrozumiała. To była odwaga, by na największych scenach świata mówić o własnej słabości.
Czy Yungblud naprawdę niesie tę samą pochodnię?
Kiedy Dominic Harrison pojawił się na scenie, świat był już zupełnie inny. Dekadę po triumfach MCR rock musiał walczyć o uwagę z hip-hopem, popem i wszechobecnymi playlistami algorytmów. Yungblud odrobił lekcję z historii. Zrozumiał, że energia, gniew i poczucie misji to waluta, która nigdy się nie zdewaluuje. Wziął od swoich idoli sceniczną ekspresję i przekonanie, że muzyka musi nieść treść. Ale ubrał to w zupełnie nowy kostium – bardziej kolorowy, chaotyczny, skrojony na miarę ery TikToka.
Jego biografia – zdiagnozowane w dzieciństwie ADHD, krótka kariera aktorska, energia, która często była mylona z arogancją – stała się paliwem dla jego twórczości. Tam, gdzie Gerard Way był introwertycznym, teatralnym mesjaszem, Yungblud stał się ekstrawertycznym trybunem ludowym. Zamiast budować skomplikowane konceptualne światy, postawił na bezpośrednie ciosy: piosenki o zdrowiu psychicznym, tożsamości seksualnej, politycznym rozczarowaniu. Współpracując z Halsey, Travisem Barkerem czy Danem Reynoldsem z Imagine Dragons, udowodnił, że potrafi odnaleźć się w głównym nurcie, nie tracąc przy tym punkowego pazura. On również chciał mieć „coś do powiedzenia”, ale jego narzędzia były inne. Szybsze, głośniejsze, bardziej bezpośrednie. Jakby duch MCR został przepuszczony przez filtr współczesnej, przebodźcowanej kultury.
Ciężar bycia głosem pokolenia
Deklaracja Yungbluda o wychowaniu na My Chemical Romance to coś więcej niż hołd. To próba wpisania się w pewną mitologię. Mitologię artysty, który nie jest tylko dostarczycielem rozrywki, ale kimś w rodzaju rzecznika swoich fanów. To niezwykle kusząca rola, ale też obarczona ogromnym ryzykiem. Gerard Way pod ciężarem tej roli niemal się załamał, co ostatecznie doprowadziło do wieloletniej hibernacji zespołu. Czuł, że kostium lidera „Czarnej Parady” staje się dla niego więzieniem. Yungblud, wręcz przeciwnie, wydaje się karmić tą energią. Skacze po scenie, krzyczy do mikrofonu, angażuje się w protesty i z dumą przyjmuje na siebie ciężar legendy, którą sam sobie wybrał.
Historia rocka to w gruncie rzeczy opowieść o takich właśnie sztafetach. O przekazywaniu sobie pochodni buntu, wrażliwości i niezgody na zastany porządek. Czasem ten ogień płonie jasno i czysto, czasem ledwo się tli, a czasem przybiera zupełnie nowy, nieoczekiwany kolor. Patrząc na różowego punka z Doncaster, który kłania się mrocznym książętom z New Jersey, widać jedno: potrzeba posiadania głosu, który opowie o twoim lęku i twojej nadziei, nigdy nie znika. Zmieniają się tylko twarze, makijaże i tonacje.