Myśląc o brzmieniu, które wszyscy na świecie świetnie znają pod nazwą nu metal, wielu i wiele bardzo szybko do głowy przyjdzie Limp Bizkit. Choć powszechnie uznaje się, że ten konkretny typ brzmienia narodził się w 1994 roku, wraz z wydaniem przez zespół Korn debiutanckiego albumu, to dziś właśnie formacja z Fredem Durstem na czele uważana jest za czołową przedstawicielkę nu metalu.
Jak dobrze wiemy, w czasach swojej największej świetności nu metal nie był traktowany zbyt poważnie. Wyśmiewany, dokonania jego reprezentantów były umniejszane, przez co dziś wielu i wiele nie chce nawet, aby określać jego zespół jako ten 'nu metalowy'.
ZOBACZ TAKŻE: Shavo Odadjian o nazywaniu System of a Down zespołem nu metalowym
Samo Limp Bizkit również nie miało jeszcze w ostatnich latach najlepszej passy. Formacja po reaktywacji w 2009 roku wydała tylko dwie płyty: Gold Cobra z 2011 roku i Still Sucks, która okazała się aż dekadę później, żadna z nich nie okazała się być sukcesem komercyjnym czy krytycznym. Do tego dochodzą takie kwestie, jak odwoływanie koncertów, czy kontrowersyjne poglądy Freda Dursta i liczne konflikt, w jakie ten wdawał się z kolegami i koleżankami po fachu. Z czasem więc popularność, tak nu metalu, jak i Limp Bizkit zaczęła spadać. W ostatnich latach można jednak dostrzec wyraźnie odrodzenie mody na brzmienia z przełomu lat 90. i 2000., a amerykańska kapela ponownie angażowana jest do występów na największych światowych festiwalach, obejmując na nich rolę headlinera.
Wes Borland o odrodzeniu Limp Bizkit
Co o tym wszystkim myśli Wes Borland? Gitarzysta udzielił niedawno wywiadu dla "Heavy Consequence" i jak mówi, cała ta sytuacja rzeczywiście jest dość dziwna. Wytłumaczył, że zgadza się ze swoją żoną, która mówi mu, że dziś już odbiorcy dostrzegli, że Limp Bizkit nie jest typem niezwykle poważnej formacji, tylko bawi się i żartuje ona sama z siebie, z własnego wizerunku. Borland nie ukrywa przy tym, że był czas, gdy w zespole działo się źle, były poważne wewnętrzne konflikty i jak mówi, jest przekonany, że fani to czuli i w jakimś stopniu miało to wpływ na jej publiczny odbiór.
Jak mówi, po śmierci Sama Riversa jest pewien, że jego grupie niż nic gorszego się nie przydarzy, a dziś wszyscy stawiają na luźne podejście do swojej pracy i zabawę tym, co robią:
Kiedy ludzie przestają traktować wszystko tak poważnie i po prostu trochę się odprężają, trochę się starzeją, uświadamiają sobie, jakie mają szczęście, że są w danym miejscu, to mówią: „Och, nie przejmuję się tym piętnem. Lubię ten zespół”. Zamiast: "Och, muszę coś udowodnić. Jestem twardzielem. Nie lubię tego, bo ty tego nie lubisz". Myślę, że ludzie widzą, że znów się tym bawimy, a może w końcu się tym bawimy - mówi Wes Borland.