Kings of Leon

i

Autor: mat. prasowe

Recenzja

W rodzinie Followillów muzycznie wszystko dobrze. Kings of Leon – "Can We Please Have Fun" [RECENZJA]

Cały świat poznał ich, dzięki utworowi "Sex on Fire" z 2008 roku. Wielki hit sprawił, że muzycy Kings of Leon stali się równie wielkimi gwiazdami. W obozie amerykańskiego zespołu nie zawsze było kolorowo, ale wygląda na to, że grupa znów jest na fali wznoszącej. Na rynku pojawił się właśnie dziewiąty album KoL zatytułowany "Can We Please Have Fun".

Kings of Leon powrócił z nowym albumem

W 2016 roku muzycy Kings of Leon byli kompletnie zagubieni. Materiał zawarty na albumie "Walls" nie należał do zbyt udanych. Fani zespołu mogli mieć obawy, co do dalszej przyszłości swoich ulubieńców. Ta, na szczęście, okazała się dla twórców hitu "Sex on Fire" dość łaskawa. Kolejnym krążkiem, "When You See Yourself" z 2021, formacja z Nashiville udowodniła, że niektórzy zdecydowanie za wcześnie postawili na nich przysłowiowy "krzyżyk". Tegoroczny "Can We Please Have Fun" to kolejny dowód, że w muzycznym państwie należącym do rodziny Followillów dzieje się sporo dobrego.

Oto ranking 10 najlepszych zespołów rockowych. Czołówka może zaskoczyć!

W tytule dziewiątego studyjnego krążka Kings of Leon pojawia się słowo-klucz, które pozwoli lepiej zrozumieć całość. Chodzi oczywiście o "zabawę". Słuchając nowych piosenek czuć, że w studiu nagraniowym między braćmi i kuzynem panowała przyjazna atmosfera. A jak wiemy doskonale: w przeszłości nie zawsze było to normą. Wydaje się też, że ożywcze dla członków grupy okazało się nawiązanie współpracy z producentem Kidem Harpoonem, który w przeszłości współpracował m.in. z Miley Cyrus czy Harrym Stylesem. Bez obaw jednak. Muzycy Kings of Leon nie zaczęli nagle grać przyjaznego dla radia popu. "Can We Please Have Fun" to, bez dwóch zdań, krążek rockowy, który miłośników twórczości KoL z pewnością nie zawiedzie.

Przed premierą całości grupa wypuściła w świat trzy single. Każdy z nich był, jakby na to nie patrzeć, z innej parafii. Na pierwszy ogień poszedł "Mustang", co mnie zupełnie nie zdziwiło. Jestem pewny, że ten numer, z zadziornym refrenem wyśpiewanym przez Caleba Followilla, szybko nie wypadnie z żelaznego repertuaru koncertowego zespołu. To Królowie w pigułce. W "Split Screen" liczy się odrealniony klimat. Utwór niespiesznie się rozwija i po prostu "płynie". Wszystko po to, aby słuchać mógł się przenieść do zupełnie innej rzeczywistości. Nie od dziś wiadomo, że muzycy Kings of Leon potrafią zahipnotyzować swoją muzyką. Największym zaskoczeniem był więc "Nothing to Do". Tutaj nie ma miejsca na żadne kombinacje. Jest za to gitarowy brud i punkowa jazda na samym końcu. Szkoda tylko, że podkręcony motyw, w którym muzycy w pełni "odpinają wrotki", trwa tak krótko (za to ode mnie minusik). 

Muzycy idealnie wyważyli proporcje

Na "Can We Please Have Fun" znajdziemy sporo dobrego. Na mojego faworyta wyrósł nostalgiczny "Actual Daydream". To jedna z piękniejszych ballad w dorobku Kings of Leon. Na przeciwległym biegunie znajduje się chociażby "Hesitation Gen". Tutaj muzycy hałasują w iście glamrockowy sposób. Ładunek energii zapewnia także "Rainbow Ball" napędzany przez sekcję rytmiczną, z kolei "Nowhere to Run" został stworzony z myślą o występach na żywo. Funkowy puls sprawi, że publiczność na koncertach będzie chciała trochę potańczyć. W odpowiedni sposób wykorzystano także w studiu syntezatory (najlepiej to słychać w "Ballerina Radio", czyli "rozmarzonym" otwieraczu).  

Należy pochwalić zespół, że w bardzo przemyślany sposób ułożył tracklistę "Can We Please Have Fun". Idealnie zostały wyważone proporcje między dynamiczniejszymi, a tymi spokojniejszymi fragmentami albumu. W studiu dokonano także odpowiedniej selekcji, jeśli chodzi o zawartość dziewiątego studyjnego krążka. Oczywiście, nie wszystkie kompozycje zachwycają w jednakowy sposób ("Don't Stop the Bleeding" z "klaskanym" bitem, countryrockowy "Ease Me On"), ale – co istotne – nie odstają bardzo od tych najlepszych numerów na "Can We Please Have Fun". Pierwsza strona albumu jest naprawdę bardzo mocna, na drugiej natomiast wyróżniłbym wspomniany "Nothing to Do" oraz zamykający całość "Seen", który sprawia, że chce się najnowszy album Kings of Leon włączyć od początku. 

"Can We Please Have Fun" to naprawdę udane dzieło, które – z każdym kolejnym odsłuchem – tylko zyskuje, jeśli chodzi o końcową ocenę. Na mojej twarzy, w trakcie zapoznawania się z dziewiątym studyjnym krążkiem Kings of Leon, często pojawiał się uśmiech. Tym bardziej więc nie mogę doczekać się tegorocznego koncertu zespołu w Polsce (przypomnijmy: muzycy zagrają 17 lipca w krakowskiej Tauron Arenie). Followillowie, choć nie zawsze było łatwo, nie złożyli broni i to w tym wszystkim jest najistotniejsze. Fala wznosząca, o której wspomniałem na samym początku, jest odczuwalna. Oby tak dalej panowie!

Najlepsze utwory z albumu: "Nowhere to Run", "Actual Daydream", "Split Screen", "Nothing to Do", "Seen"

Ocena: 8.5/10

Oto najlepsze albumy Kings of Leon. Zobacz nasz ranking: