Judas Priest - 5 ciekawostek o albumie "Sad Wings of Destiny" na 50-lecie wydania | Jak dziś rockuje?

2026-03-23 14:04

Jeśli debiut formacji Judas Priest można nazwać nieśmiałym pukaniem do drzwi, to wydany dwa lata później "Sad Wings of Destiny" był wyważeniem ich potężnym kopniakiem. Ten album okazał się przełomowy dla brytyjskiego zespołu. Bez niego metalowy świat z pewnością wyglądałby zupełnie inaczej.

Judas Priest i historia powstania albumu Sad Wings of Destiny

Po wydaniu krążka Rocka Rolla w 1974 roku, Judas Priest zdecydowanie nie byli jeszcze rozpoznawalnym zespołem. Płyta spotkała się z umiarkowanym zainteresowaniem i nie została zbyt ciepło przyjęta przez dziennikarzy. Muzycy byli natomiast mocno rozczarowani produkcją debiutanckiego albumu.

Nie chcę być niemiły wobec Rodgera [Baina – przyp. red.], bo jest dobrym producentem i nagrał wiele znakomitych albumów. Ale pamiętam, jak wracałem do domu, słuchałem "Rocka Rolla" i byłem załamany, widząc, jak rozczarowująco to brzmiało. Utwory były dobre i wiele z nich przetrwało próbę czasu, ale nie były dobrze nagrane – wspominał gitarzysta Glenn Tipton na łamach Metal Hammera

Konieczna była więc zmiana na tym stanowisku. Zatrudniono Maxa Westa i Jeffreya Calverta, członków... popowej grupy Typically Tropical, którzy wylansowali przebój Barbados. Choć nie byli oni specjalistami od ciężkiego grania, to ta decyzja – co najistotniejsze – na sam koniec się obroniła.

Oto najlepsze metalowe albumy koncertowe w historii. Jakie tytuły wskazała sztuczna inteligencja?

Nagrywanie płyty było znakomitym doświadczeniem. Max i Jeffrey okazali się w porządku, faktycznie znali się na swojej robocie i pozwolili nam zająć się brzmieniem albumu. Czułem się dużo pewniej w studiu niż podczas nagrywania "Rocka Rolli" i byłem zadowolony z nagranych przeze mnie ścieżek – dodał wokalista Rob Halford w swojej autobiografii Wyznanie

Ograniczony budżet

Właściwe prace nad Sad Wings of Destiny rozpoczęły się w listopadzie 1975 w Rockfield Studios w Walii. Budżet był bardzo ograniczony, co zmusiło muzyków Judas Priest do działania w iście ekspresowym tempie. Zespół znajdował się wówczas w trudnej sytuacji finansowej, często balansując na granicy przetrwania. Był związany kontraktem z małą, niezależną wytwórnią Gull Records, która nie zapewniała odpowiedniego wsparcia. – Nie było nas stać nawet na jedzenie i picie – tak źle się działo – przyznał gitarzysta K.K. Downing, cytowany przez MH. Nic więc dziwnego, że brytyjska ekipa pomieszkiwała w studiu. – Nigdy nie opuszczaliśmy kompleksu. Nie mieliśmy kasy, żeby dokądkolwiek wychodzić – wspominał frontman Judas Priest.  

Muzycy nie byli w stanie utrzymywać się z samego grania, dlatego też podejmowali się dorywczych prac (Tipton został ogrodnikiem, a basista Ian Hill z kolei dostawcą).

Mimo ciężkich warunków, wewnątrz zespołu aż wrzało od pomysłów. Członkowie Judas Priest wiedzieli dokładnie, że chcą stworzyć coś potężniejszego i bardziej przekonującego. Istotne było także to, że w końcu ustabilizował się skład grupy. Po wydaniu debiutu odszedł perkusista John Hinch, a zastąpił go Alan Moore, dla którego było to drugie podejście (wcześniej grał w latach 1971-1972).

Czas na nagrywanie był ograniczony. Judasi do dyspozycji mieli jedynie dwa tygodnie. Sesje często trwały po kilkanaście godzin na dobę, by maksymalnie wykorzystać dostępne możliwości. – To był ogromny wysiłek i naprawdę odbiło się to na nas wszystkich. Z drugiej strony, żaden z naszych albumów nie powstał łatwo. Każdy z nich wiązał się z krwią, potem i łzami. Tak to właśnie powinno wyglądać. Dasz z siebie cokolwiek mniej, a skończysz z marnym efektem końcowym – wyjaśnił Halford w rozmowie z zachodnim Metal Hammerem. Wokalista, w trakcie prac, mocno skupił się także na warstwie tekstowej.

Ciężko pracowałem nad tekstami utworów. Nie znosiłem tego, że tak wiele rockowych numerów jest o upijaniu się albo pieprzeniu – to nudne i przewidywalne. Czytałem sporo science fiction, autorów takich jak Isaac Asimov, więc z chęcią wplatałem takie motywy w swoje teksty, na przykład w "Island of Domination" – wspominał w Wyznaniu.

Pewność siebie 

Miksy Sad Wings of Destiny odbyły się w styczniu 1976 w londyńskim Morgan Studios. Album trafił na rynek 26 marca. Tydzień wcześniej na singlu został natomiast wydany singiel The Ripper. Druga płyta Judas Priest osiągnęła 48. miejsce na brytyjskiej liście sprzedaży. – Trudno to nazwać wielkim triumfem, ale ten wynik i tak dał nam zastrzyk pewności siebie – dodał wokalista. Rzeczywiście, nie było to osiągniecie, które rzucałoby na kolana, ale na grupę zwróciła uwagę wytwórnia CBS, z którą muzycy się wkrótce związali. Wcześniej natomiast świadomie zerwali kontrakt z Gull Records. To wiązało się z utratą praw do pierwszych dwóch albumów i wszystkich powiązanych z nimi nagrań, które ostatecznie w przyszłości odzyskali.

Muszę przyznać, że "Sad Wings of Destiny" to mój osobisty faworyt. Naprawdę uwielbiam ten album. Ma w sobie mnóstwo dobrych rzeczy i jest ważny dla nas jako zespołu, a także dla muzyki heavy metalowej w ogóle – powiedział wokalista Judas Priest w rozmowie z OC Weekly. – To po prostu bardzo solidna reprezentacja tego, co w Priest najlepsze: riffów, tempa, pisania piosenek i wokali. Ten album wciąż wytrzymuje próbę czasu i do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych, co nie oznacza, że nie kocham naszych pozostałych dokonań.

Jakie ciekawostki skrywa album Sad Wings of Destiny? Tego dowiecie się z galerii, którą umieściliśmy na samej górze niniejszego artykułu. 

Poniżej natomiast przypominamy zestawienie najlepszych płyt w dyskografii Judas Priest: