Judas Priest i historia powstania albumu Sad Wings of Destiny
Po wydaniu krążka Rocka Rolla w 1974 roku, Judas Priest zdecydowanie nie byli jeszcze rozpoznawalnym zespołem. Płyta spotkała się z umiarkowanym zainteresowaniem i nie została zbyt ciepło przyjęta przez dziennikarzy. Muzycy byli natomiast mocno rozczarowani produkcją debiutanckiego albumu.
– Nie chcę być niemiły wobec Rodgera [Baina – przyp. red.], bo jest dobrym producentem i nagrał wiele znakomitych albumów. Ale pamiętam, jak wracałem do domu, słuchałem "Rocka Rolla" i byłem załamany, widząc, jak rozczarowująco to brzmiało. Utwory były dobre i wiele z nich przetrwało próbę czasu, ale nie były dobrze nagrane – wspominał gitarzysta Glenn Tipton na łamach Metal Hammera.
Konieczna była więc zmiana na tym stanowisku. Zatrudniono Maxa Westa i Jeffreya Calverta, członków... popowej grupy Typically Tropical, którzy wylansowali przebój Barbados. Choć nie byli oni specjalistami od ciężkiego grania, to ta decyzja – co najistotniejsze – na sam koniec się obroniła.
– Nagrywanie płyty było znakomitym doświadczeniem. Max i Jeffrey okazali się w porządku, faktycznie znali się na swojej robocie i pozwolili nam zająć się brzmieniem albumu. Czułem się dużo pewniej w studiu niż podczas nagrywania "Rocka Rolli" i byłem zadowolony z nagranych przeze mnie ścieżek – dodał wokalista Rob Halford w swojej autobiografii Wyznanie.
Ograniczony budżet
Właściwe prace nad Sad Wings of Destiny rozpoczęły się w listopadzie 1975 w Rockfield Studios w Walii. Budżet był bardzo ograniczony, co zmusiło muzyków Judas Priest do działania w iście ekspresowym tempie. Zespół znajdował się wówczas w trudnej sytuacji finansowej, często balansując na granicy przetrwania. Był związany kontraktem z małą, niezależną wytwórnią Gull Records, która nie zapewniała odpowiedniego wsparcia. – Nie było nas stać nawet na jedzenie i picie – tak źle się działo – przyznał gitarzysta K.K. Downing, cytowany przez MH. Nic więc dziwnego, że brytyjska ekipa pomieszkiwała w studiu. – Nigdy nie opuszczaliśmy kompleksu. Nie mieliśmy kasy, żeby dokądkolwiek wychodzić – wspominał frontman Judas Priest.
Muzycy nie byli w stanie utrzymywać się z samego grania, dlatego też podejmowali się dorywczych prac (Tipton został ogrodnikiem, a basista Ian Hill z kolei dostawcą).
Mimo ciężkich warunków, wewnątrz zespołu aż wrzało od pomysłów. Członkowie Judas Priest wiedzieli dokładnie, że chcą stworzyć coś potężniejszego i bardziej przekonującego. Istotne było także to, że w końcu ustabilizował się skład grupy. Po wydaniu debiutu odszedł perkusista John Hinch, a zastąpił go Alan Moore, dla którego było to drugie podejście (wcześniej grał w latach 1971-1972).
Czas na nagrywanie był ograniczony. Judasi do dyspozycji mieli jedynie dwa tygodnie. Sesje często trwały po kilkanaście godzin na dobę, by maksymalnie wykorzystać dostępne możliwości. – To był ogromny wysiłek i naprawdę odbiło się to na nas wszystkich. Z drugiej strony, żaden z naszych albumów nie powstał łatwo. Każdy z nich wiązał się z krwią, potem i łzami. Tak to właśnie powinno wyglądać. Dasz z siebie cokolwiek mniej, a skończysz z marnym efektem końcowym – wyjaśnił Halford w rozmowie z zachodnim Metal Hammerem. Wokalista, w trakcie prac, mocno skupił się także na warstwie tekstowej.
– Ciężko pracowałem nad tekstami utworów. Nie znosiłem tego, że tak wiele rockowych numerów jest o upijaniu się albo pieprzeniu – to nudne i przewidywalne. Czytałem sporo science fiction, autorów takich jak Isaac Asimov, więc z chęcią wplatałem takie motywy w swoje teksty, na przykład w "Island of Domination" – wspominał w Wyznaniu.
Pewność siebie
Miksy Sad Wings of Destiny odbyły się w styczniu 1976 w londyńskim Morgan Studios. Album trafił na rynek 26 marca. Tydzień wcześniej na singlu został natomiast wydany singiel The Ripper. Druga płyta Judas Priest osiągnęła 48. miejsce na brytyjskiej liście sprzedaży. – Trudno to nazwać wielkim triumfem, ale ten wynik i tak dał nam zastrzyk pewności siebie – dodał wokalista. Rzeczywiście, nie było to osiągniecie, które rzucałoby na kolana, ale na grupę zwróciła uwagę wytwórnia CBS, z którą muzycy się wkrótce związali. Wcześniej natomiast świadomie zerwali kontrakt z Gull Records. To wiązało się z utratą praw do pierwszych dwóch albumów i wszystkich powiązanych z nimi nagrań, które ostatecznie w przyszłości odzyskali.
– Muszę przyznać, że "Sad Wings of Destiny" to mój osobisty faworyt. Naprawdę uwielbiam ten album. Ma w sobie mnóstwo dobrych rzeczy i jest ważny dla nas jako zespołu, a także dla muzyki heavy metalowej w ogóle – powiedział wokalista Judas Priest w rozmowie z OC Weekly. – To po prostu bardzo solidna reprezentacja tego, co w Priest najlepsze: riffów, tempa, pisania piosenek i wokali. Ten album wciąż wytrzymuje próbę czasu i do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych, co nie oznacza, że nie kocham naszych pozostałych dokonań.
Jakie ciekawostki skrywa album Sad Wings of Destiny? Tego dowiecie się z galerii, którą umieściliśmy na samej górze niniejszego artykułu.