Ian Gillan miał żelazną zasadę. Wiedział, której samogłoski nie wolno śpiewać na wysokiej nucie

2026-08-26 9:05

Jego przeszywający krzyk stał się jednym z symboli hard rocka, ucieleśnieniem nieokiełznanej, pierwotnej siły. Niewielu jednak wiedziało, że za tą sceniczną furią krył się umysł rzemieślnika i zaskakująca metoda pracy nad tekstem. Fundamenty pod największe hity Deep Purple powstały w zupełnie innym miejscu: w zespole, który nigdy nie odniósł sukcesu.

Ian Gillan z Deep Purple śpiewa do mikrofonu na scenie. O technice wokalnej artysty przeczytasz na EskaRock.
Autor: Wikimedia Commons/ CC BY-SA 4.0

Wystarczy zamknąć oczy, by go usłyszeć. Ten przeszywający, pierwotny krzyk, który wdarł się do rockowego panteonu gdzieś pomiędzy rykiem Roberta Planta a operową emfazą Freddiego Mercury'ego. Ian Gillan, wokalista Deep Purple, na zawsze pozostanie ikoną rockowego gardła – facetem, który zdawał się śpiewać całym ciałem, balansując na granicy ekstazy i autodestrukcji. Długie włosy, zaciśnięte pięści, mikrofon traktowany jak ostatnia deska ratunku. Taki obraz zapisał się w zbiorowej pamięci. A jednak, za tą sceniczną furią krył się człowiek, który o słowach i ich muzycznej funkcji myślał z rzemieślniczą precyzją, niemal jak zegarmistrz pochylony nad skomplikowanym mechanizmem.

Długo uczyliśmy się rzemiosła pisania piosenek, Roger Glover i ja, przez kilka lat, zanim dołączyliśmy do Deep Purple. Uczysz się znaczenia perkusyjnego brzmienia słów, uczysz się rymu i metrum. Uczysz się, że nie można przekształcić wiersza w tekst piosenki, głównie dlatego, że kształt wypowiadanych słów różni się od kształtu słów śpiewanych. Nie użyłbyś na przykład samogłoski „U” ani dźwięku „ooo” przy wysokiej nucie, to bardzo trudne.

Te słowa, wypowiedziane po latach, odzierają jego postać z mitologicznego blichtru i pokazują coś znacznie ciekawszego: fundamenty. Zanim świat usłyszał „Child in Time”, był czas terminowania w zespole, który nigdy nie odniósł sukcesu, ale stał się najlepszą szkołą życia.

Zanim huknął rock, był warsztat i piwnica?

Zanim Ian Gillan i Roger Glover stali się sekcją rytmiczno-wokalną jednego z największych zespołów świata, byli po prostu dwoma kumplami z Episode Six. Grupa, która wydała dziewięć singli i żaden z nich nie trafił na listy przebojów, okazała się poligonem doświadczalnym. To tam, w trasach po Niemczech i Bejrucie, grając dla garstki ludzi i próbując związać koniec z końcem, rodził się twórczy tandem.

Gillan, chłopak zafascynowany Elvisem Presleyem, i Glover, basista z głową pełną pomysłów, uczyli się pisać. Nie chodziło o poetyckie uniesienia, ale o twardą, techniczną robotę. O to, jak słowo „klei się” do riffu, jak samogłoska otwiera gardło przy wysokich dźwiękach i jak rytm tekstu musi współgrać z perkusją. To była wiedza tajemna, zdobywana metodą prób i błędów, daleko od fleszy i wielkich scen. Kiedy więc latem 1969 roku Ritchie Blackmore, Jon Lord i Ian Paice szukali nowego frontmana i basisty, nie znaleźli dwóch solistów. Znaleźli gotowy, zgrany mechanizm. Zaoferowali pracę Gillanowi, a ten od razu wskazał na swojego partnera od pisania. Dołączyli do Deep Purple jako pakiet.

Czy Ian Gillan panował jeszcze nad własnym głosem?

Gdy dołączyli do Purpli, maszyna ruszyła z kopyta. Albumy „In Rock”, „Fireball” i „Machine Head” to dziś absolutna klasyka, kamienie milowe hard rocka. Gillan nie musiał już martwić się o to, czy samogłoska „u” dobrze zabrzmi w refrenie. Mógł wykrzyczeć wszystko, co czuł, a świat słuchał w zachwycie. Jego wkład w „Child in Time”, z wokalną melodią i tekstem, był jednym z pierwszych sygnałów, że ten rzemieślnik potrafi budować katedry.

Jednak sukces miał swoją cenę. Niekończące się trasy, presja, alkohol i rosnące napięcie z perfekcjonistą Blackmore'em sprawiły, że radość tworzenia ustąpiła miejsca wyczerpaniu. W listopadzie 1971 roku, czekając na samolot w Chicago, Gillan upadł z powodu zapalenia wątroby. To był pierwszy dzwonek alarmowy. Wypalenie stało się nieuniknione. On, facet, który tak skrupulatnie studiował brzmienie słów, coraz częściej nagrywał swoje wokale osobno, gdy reszta zespołu skończyła już pracę. Kulminacją konfliktu z Blackmore'em był utwór „Smooth Dancer”, w którym Gillan bez pardonu rozliczał się z gitarzystą. W końcu, w 1972 roku, napisał list rezygnacyjny. Rzemieślnik był zmęczony materiałem.

Słowa, które brzmią jak instrument?

Odejście z Deep Purple nie było końcem, a jedynie przerwą w podróży. Gillan próbował sił w biznesie, inwestując w hotel i fabrykę motocykli, ale jego prawdziwym powołaniem pozostała muzyka. Założył Ian Gillan Band, potem po prostu Gillan, a nawet zaliczył roczny, nieco karkołomny epizod w Black Sabbath, gdzie na koncertach musiał zapisywać teksty na podłodze, bo nie był w stanie ich spamiętać. Przez cały ten czas gdzieś z tyłu głowy musiała mu kołatać myśl o tym, czego nauczył się w Episode Six. O tej alchemii słowa i dźwięku, która w Deep Purple dała mu nieśmiertelność, ale jednocześnie niemal go zniszczyła. Partnerstwo z Gloverem przetrwało i te trudne chwile, owocując później wspólnym albumem „Accidentally on Purpose”.

Okazało się, że fundamenty, które zbudowali jako młodzi chłopcy, były trwalsze niż największe rockowe stadiony. Ian Gillan wrócił do Deep Purple, odchodził i wracał ponownie, ale już jako inny człowiek. Doświadczony, świadomy ceny, jaką płaci się za bycie na szczycie. Jego krzyk wciąż potrafił kruszyć mury, ale za nim stała już nie młodzieńcza brawura, lecz głęboka świadomość artystycznego rzemiosła. Wiedza o tym, że największe hity rodzą się nie tylko z krzyku, ale i z cichej, żmudnej pracy nad każdym wersem, każdą sylabą, każdym „perkusyjnym brzmieniem słowa”.

Galeria: Oto najlepsze utwory w dorobku Deep Purple według "Rate Your Music"