Początek XXI wieku był dziwnym czasem dla rocka. Kurz po bitwie o britpop zdążył już opaść, a na scenę wchodzili nowi gracze – cichsi, grzeczniejsi, jakby z góry przepraszający za to, że ośmielają się chwycić za gitary. Nie demolowali pokoi hotelowych, nie rzucali telewizorami przez okno. Zamiast tego pisali melancholijne piosenki o gwiazdach i niespełnionej miłości. W tym nowym rozdaniu Coldplay było podręcznikowym przykładem. Czterech bystrych chłopaków z dobrych domów, którzy poznali się na University College London i podbili świat utworem o żółtym kolorze. Byli wszystkim, czym nie byli ich poprzednicy – uprzejmi, wrażliwi i zaskakująco… rozsądni. Może nawet zbyt rozsądni jak na przyszłe ikony stadionowego grania. W tamtym czasie, u progu wielkiej kariery, ich lider rzucił zdanie, które brzmiało jak polisa ubezpieczeniowa na wypadek, gdyby cały ten rockandrollowy cyrk okazał się pomyłką.
Kiedy będę miał 40 lat i będę za stary, by być gwiazdą rocka, planuję wrócić na studia, aby uczyć się muzyki klasycznej.
Słowa te, wypowiedziane przez młodego Chrisa Martina, nie były buńczuczną deklaracją ani cynicznym żartem. Były raczej cichym szeptem kogoś, kto wciąż nie do końca wierzył, że jego miejsce jest na szczycie. W rock’n’rollowym panteonie, gdzie Mick Jagger wciąż tańczył po siedemdziesiątce, a Iggy Pop rzucał się w tłum, mając na karku dekady scenicznego stażu, granica 40 lat wydawała się absurdalnie niska. To była perspektywa nie rockmana, a sportowca, który wie, że jego kariera ma datę ważności. Martin, absolwent filologii klasycznej ze świetnymi wynikami z greki i łaciny, zdawał się traktować status gwiazdy rocka jako tymczasowe stypendium, przerwę od prawdziwego, intelektualnego życia, które czekało na niego tuż za rogiem.
Kiedy rock'n'roll ma datę ważności?
Ta deklaracja odsłaniała coś znacznie głębszego niż tylko plan awaryjny. Pokazywała fundamentalną prawdę o nim i jego zespole: oni od samego początku nie pasowali do rockandrollowego szablonu. Chris Martin nie był buntownikiem z wyboru, tylko synem księgowego i nauczycielki muzyki. Jego pradziadek, William Willett, był pomysłodawcą zmiany czasu na letni. Trudno o mniej rockandrollowe korzenie. W szkole średniej, zamiast podpalać kosze na śmieci, założył fanklub Stinga. Pierwsze muzyczne kroki stawiał w bluesowej kapeli The Rockin’ Honkies, co brzmi bardziej jak nazwa zespołu z balu maturalnego niż zapowiedź globalnego fenomenu. Ta mieszanka zwyczajności i ambicji była kluczem do zrozumienia fenomenu Coldplay. Byli wystarczająco przystępni, by śpiewać ich piosenki na ogniskach, i wystarczająco utalentowani, by wypełniać nimi stadiony.
Kim właściwie jest Chris Martin? Studentem w skórze gwiazdy?
Paradoks Coldplay polegał na tym, że ich największa siła była jednocześnie postrzegana jako ich największa słabość. Krytycy zarzucali im nijakość, brak pazura, granie bezpiecznej, radiowej muzyki dla mas. A jednak to właśnie ta pozorna „grzeczność” pozwoliła im przetrwać tam, gdzie spłonęło wielu bardziej wyrazistych artystów. Martin nigdy nie udawał kogoś, kim nie jest. Nie epatował skandalami, a jego życie prywatne, choć śledzone przez tabloidy, było raczej kroniką „świadomego odparowania” niż opowieścią o rockandrollowym upadku. Zamiast tego z pasją cytował R.E.M., przyznawał się do fascynacji norweskim a-ha i nazywał Richarda Ashcrofta z The Verve „najlepszym wokalistą na świecie”. Był bardziej uczniem w roli mistrza, pilnym studentem historii muzyki, który dostał szansę, by samemu dopisać do niej kilka rozdziałów. Jego współpraca z Jayem-Z, Kanye Westem czy Aviciim nie była próbą kupienia sobie wiarygodności, ale naturalną konsekwencją jego muzycznej ciekawości.
Co zostało z tamtych planów?
Chris Martin skończył 40 lat w 2017 roku. Nie wrócił na studia. Nie zamienił stadionu Wembley na uniwersytecką aulę. Zamiast tego Coldplay wyruszyło w jedną z najbardziej dochodowych tras koncertowych w historii, A Head Full of Dreams Tour. Plan, by w wieku 40 lat zostać statecznym studentem muzyki klasycznej, rozpłynął się w świetle laserów, konfetti i dziesiątek tysięcy zapalonych telefonów. Okazało się, że bycie gwiazdą rocka nie ma sztywnej daty przydatności do spożycia. Czasem to praca na całe życie. Dziś tamta młodzieńcza deklaracja brzmi jak urocza anegdota, pamiątka z czasów, gdy przyszłość była jeszcze niewiadomą, a scenariusz awaryjny wydawał się równie realny, co podbój świata. To dowód, że nawet ci, którzy śpiewają o naprawianiu innych, sami kiedyś potrzebowali planu B.