Boss HM-2 i szwedzki death metal. Jak nieudany efekt gitarowy stworzył brzmienie piły łańcuchowej

Japoński efekt gitarowy Boss HM-2 początkowo okazał się rynkową klapą i został wycofany z produkcji na początku lat 90. Dopiero grupa zbuntowanych nastolatków ze Szwecji odkryła jego potencjał, ustawiając wszystkie parametry na maksymalne wartości. To przypadkowe działanie zdefiniowało brzmienie całego gatunku muzycznego i uczyniło z taniej kostki legendarny sprzęt poszukiwany przez kolekcjonerów.

Członkowie zespołu deathmetalowego Entombed na scenie podczas występu, gitarzysta w czarnej czapce grający na Gibsonie i wokalista z długimi włosami, w koszulce bez rękawów, śpiewający do mikrofonu. Całość utrzymana w czerwonym świetle, podkreślając klimat brutalnego brzmienia piły łańcuchowej, o którym możesz przeczytać na naszym portalu.
Autor: Lilly Mpl/ CC BY-SA 2.5
Klub 27 - klątwa, która wisi nad młodymi i sławnymi? /Eska ROCK

Japońska porażka, która trafiła do szwedzkich lombardów. Historia Boss HM-2

W 1983 roku japońska firma Boss, należąca do korporacji Roland, wprowadziła na rynek efekt gitarowy o nazwie HM-2 Heavy Metal. Inżynierowie mieli jasny cel: chcieli stworzyć małe urządzenie, które zamknie brzmienie potężnych brytyjskich wzmacniaczy Marshall JCM800 w plastikowej obudowie. Marshall był wtedy standardem dla zespołów grających klasyczny heavy metal, więc teoretycznie produkt powinien być hitem. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Dla większości ówczesnych muzyków kostka brzmiała zbyt brudno, brakowało jej selektywności przy szybkich solówkach i ostatecznie nikt nie wiedział, co z nią zrobić.

Sprzedaż była na tyle słaba, że Boss zdecydował się zakończyć produkcję w 1991 roku. W międzyczasie produkcję przeniesiono z Japonii na Tajwan, żeby ciąć koszty, ale to nie pomogło. Niechciane efekty masowo lądowały w lombardach i komisach, gdzie można było je kupić za przysłowiowe grosze. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ten rzekomo bezwartościowy złom za chwilę stanie się fundamentem nowej muzycznej rewolucji, która nadejdzie z mroźnej Skandynawii.

Wszystkie gałki w prawo. Leif Cuzner i narodziny brzmienia "piły łańcuchowej"

Prawdziwy przełom nastąpił, gdy po tanie efekty Boss HM-2 sięgnęli nastolatkowie ze Sztokholmu, zafascynowani rodzącym się death metalem. Kluczową postacią był nieżyjący już Leif Cuzner z zespołu Nihilist, który później przekształcił się w legendarne Entombed. Cuzner, sfrustrowany tym, że jego gitara brzmi zbyt cienko, postanowił zignorować wszelkie zasady inżynierii dźwięku. Zamiast szukać subtelnych ustawień, po prostu przekręcił wszystkie cztery potencjometry na obudowie maksymalnie w prawo. Tak narodziło się słynne ustawienie "wszystko na 10", które zamieniło dźwięk instrumentu w ryczącą piłę spalinową.

To bardzo fascynująca idea i wciągająca historia, z której powstałby pewnie świetny film. No ale piosenka nie została napisana przez CIA – stwierdził jeden z badaczy historii sprzętu, odnosząc się do mitów wokół powstania pewnych brzmień.

Techniczny sekret tego brzmienia tkwił w pokrętle "High". W tej konkretnej kostce nie podbijało ono tylko góry, ale drastycznie wzmacniało częstotliwości w okolicach 1kHz, czyli tak zwany wysoki środek. Dzięki temu gitara brzmiała agresywnie i zgrzytliwie, ale jednocześnie zachowywała potężny dół, co idealnie pasowało do brutalnej muzyki, jaką chcieli grać Szwedzi. Efekt był tak charakterystyczny, że zyskał miano "buzzsaw tone".

Tanie wzmacniacze i magia Sunlight Studios. Jak nagrywano "Left Hand Path"

Kiedy Nihilist, a potem Entombed i Dismember weszli do Sunlight Studios, producent Tomas Skogsberg początkowo był przerażony. Hałas generowany przez HM-2 dosłownie rozsadzał mu konsoletę. Szybko jednak zrozumiał, że ma do czynienia z czymś unikalnym. Aby ujarzmić ten dźwięk i nadać mu odpowiednią głębię na albumach takich jak "Left Hand Path", Skogsberg stosował trik polegający na wielokrotnym nakładaniu na siebie ścieżek gitar. Co ciekawe, wbrew legendom o wielkich ścianach głośników, to potężne brzmienie nagrywano na małych i tanich wzmacniaczach tranzystorowych, takich jak Peavey Studio Pro 40, co tylko dodawało całości surowego charakteru.

Od Davida Gilmoura po wielki powrót Boss HM-2W

Zanim szwedzka scena metalowa na dobre przejęła HM-2, kostka zaliczyła dość nietypowy epizod w rękach mistrza progresywnego rocka. David Gilmour z Pink Floyd używał tego efektu pod koniec lat 80., między innymi na płycie "A Momentary Lapse of Reason". Oczywiście Gilmour nie ustawiał wszystkiego na maksimum, lecz wykorzystywał kostkę do tworzenia łagodniejszych, śpiewnych partii solowych. To jeden z największych paradoksów w historii rocka, że ten sam sprzęt służył do budowania nastrojowych pejzaży i do tworzenia najbardziej brutalnego łomotu w historii metalu.

Przez lata Boss HM-2 był dostępny tylko na rynku wtórnym, a ceny używanych egzemplarzy z Japonii drastycznie rosły, osiągając absurdalne kwoty. Fani nie dawali jednak za wygraną i stworzyli na Facebooku grupę "Boss HM-2 Cult", domagając się wznowienia produkcji. Presja była tak duża, że w 2021 roku firma uległa i wypuściła model Boss HM-2W Waza Craft. Nowa wersja wiernie oddaje brzmienie oryginału, ale posiada też specjalny tryb "Custom", który dodaje jeszcze więcej głośności i niskich tonów, dopasowując legendarną "piłę łańcuchową" do wymagań nowoczesnych muzyków.

Galeria: Muzyka rockowa lat 2000. - zagranica. Jakie albumy zdefiniowały ten okres?