Wymiar sprawiedliwości ostatecznie rozstrzygnął losy Julii P. oraz Marianny J., które w piątek, 3 kwietnia, usłyszały wyrok za głośną dewastację popularnego pomnika. Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy uznał obie kobiety za winne zbezczeszczenia symbolu stolicy. Skazane uniknęły pobytu za kratkami. Sędzia wymierzył im karę sześciu miesięcy ograniczenia wolności, polegającą na wykonywaniu nieodpłatnych prac społecznych.
Mimo uchronienia się przed najsurowszymi konsekwencjami karnymi, działaczki muszą liczyć się z bardzo poważnymi obciążeniami finansowymi. Zgodnie z decyzją sądu, każda z nich ma obowiązek przekazać po 3 tysiące złotych na konto Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków. Prawdziwym ciosem będzie jednak konieczność zapłacenia stołecznemu samorządowi po 30 tysięcy złotych rekompensaty za uszkodzenie rzeźby. Oprócz tego skazane w całości pokryją wydatki wygenerowane podczas trwania całego procesu. Tak wysokie kwoty mają stanowić formę zadośćuczynienia i pokryć potężne rachunki za specjalistyczne czyszczenie zniszczonej struktury.
− Nie sposób mieć wątpliwości, że oskarżone miały świadomość wobec jakiego obiektu podejmują działania. Oskarżone przyznały, że 8 marca wybrały dokładnie ten obiekt, aby osiągnąć bardziej medialny charakter swojego przekazu. Sądu nie przekonuje tłumaczenie, że oskarżone nie wiedziały, że obiekt jest wpisany na listę zabytków. Wystarczy wpisać w dowolną wyszukiwarkę zapytanie w celu znalezienia informacji na ten temat. W toku głosów stron pojawiała się kwestia wolności słowa. Mogę wyrazić tylko pewne zdziwienie dlaczego w tak jednostronny sposób została ta kwestia przedstawiona przez przedstawiciela Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Ani wolność słowa, ani wolność poglądów nie są kształtowane w sposób bezwzględny, ani na tle prawa międzynarodowego, ani w ramach Konstytucji − mówił w uzasadnieniu sąd.
− Na zakończenie chciałbym się odnieść do pięknego zdania mecenasa Baszuka, że zabytkom powinno się dać mówić, a nawet krzyczeć. Jeśli wyrazimy pozwolenie na takie zachowania, to krzyk takich zabytków będzie krótkotrwały, aż w końcu zamilknie. Pozwolenie na takie zachowanie doprowadziłoby do anarchii. Nie może być na to zgody − podsumował.
Słony rachunek za oblanie warszawskiej Syrenki
Incydent z użyciem jaskrawej, pomarańczowej substancji miał miejsce dokładnie w Dzień Kobiet w 2024 roku. Dewastacja znanej rzeźby miała w zamyśle sprawczyń drastycznie nagłośnić postępujące problemy klimatyczne, ale w rzeczywistości spotkała się z ogromną krytyką ze strony społeczeństwa. Biegli oszacowali łączną wartość zniszczeń historycznego obiektu na astronomiczną kwotę 361 tysięcy złotych.
Krótko po zdarzeniu prokurator Piotr Antoni Skiba, pełniący funkcję rzecznika Prokuratury Okręgowej w Warszawie, przekazał mediom szczegóły stawianych zarzutów. Śledczy oskarżyli kobiety o celowe zniszczenie nie tylko samej figury, ale również okalającej ją fontanny i kamiennej podstawy. Cały ten kompleks architektoniczny został stworzony w 1938 roku według wizji artystycznej Ludwiki Nitschowej i podlega prawnej ochronie jako ważny zabytek.
Na sali rozpraw Julia P. oraz Marianna J. twardo odrzucały zarzuty o wandalizm. Przez cały proces utrzymywały, że oblanie farbą nosiło znamiona aktu symbolicznego, desperacko alarmującego o nadciągającej katastrofie ekologicznej. Jedna z protestujących tłumaczyła przed sądem, że „ich ciężko wywalczone prawa nadal są naruszane i sytuacja może się jedynie pogorszyć”. Kobieta argumentowała, że globalne ocieplenie będzie stanowić bezpośredni katalizator kolejnych konfliktów zbrojnych niosących za sobą falę przemocy i gwałtów, czemu trzeba stanowczo przeciwdziałać. Oskarżona podsumowała swoje wystąpienie stwierdzeniem, że fizyczna obecność przy pomniku stanowiła jej osobisty wyraz buntu oraz nietypową formę świętowania Dnia Kobiet.
Źródło: Aktywistki Ostatniego Pokolenia skazane za zniszczenie Syrenki. Decyzja sądu zaskakuje