"Ted Lasso" wrócił. 4. sezon jest jak odgrzewany kotlet z dyskontu, który przeleżał na półce ostatnie trzy lata - RECENZJA

"Ted Lasso" był jednym z najlepszych współczesnych seriali komediowych, a trzeci sezon dał tej opowieści doskonałe zwieńczenie. Po upływie trzech lat twórcy zdecydowali się jednak na powrót i tak oto sezon czwarty właśnie zasilił bibliotekę serwisu Apple TV+ (a przynajmniej jego pierwszy odcinek) i... skalał pamięć o ekipie A.F.C. Richmond.

Ted Lasso - recenzja 4. sezonu. Czy warto obejrzeć nowe odcinki?
Autor: Apple TV+/ Materiały prasowe

"Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść" śpiewał Grzegorz Markowski i twórcy "Teda Lasso" to wiedzieli - trzeci sezon hitu Apple TV+ może i miał swoje bolączki (jak nieszczęsny wątek Zavy), ale dał temu serialowi doskonałe, przeurocze zakończenie. I - jak na tak popularny serial - dość wczesne. Jednak zaledwie trzy lata później, z tęsknoty czy chęci zarobku - to wiedzą już tylko oni, ci sami twórcy postanowili wyciągnąć truchło Teda z szafy i niczym Apocalypse w "X-Men '97", przywrócić naszego ulubieńca do życia. Ale o ile teraz-wcale-już-nie-tak-martwy członek drużyny X-Men wciąż posiada masę charakteru i wigoru, "Ted Lasso" cuchnie stęchlizną i zwyczajnie przynudza.

Najlepsze historie miłosne to te z tragicznym zakończeniem? Rozmawiamy z obsadą "Trio" | Wywiad ESKA

"Ted Lasso" wraca w koszmarnej formie

Akcja czwartego sezonu rozpoczyna się (mniej więcej) trzy lata po zakończeniu poprzednika. Ted (Jason Sudeikis) mieszka w Kansas i "spełnia się" pracując w lokalnym supermarkecie (btw. scena otwierająca jest tak tandetna, iż zakładałam, że okaże się snem), lecz tak naprawdę tęskni za czasami, gdy trenował A.F.C. Richmond. Z letargu wyciąga go wizyta Rebecki (Hannah Waddingham), Keeley (Juno Temple) i Lesliego (Jeremy Swift), którzy składają mu propozycję nie do odrzucenia - chcą, by znów został trenerem, ale tym razem żeńskiej drużyny. I tak oto nasz poczciwina wraca na Angielską ziemię, która wita go kolejnymi obelgami i przytykami, gdyż ZDRADZIŁ swą dotychczasową drużynę - teraz trenowaną przez Roya Kenta (Brett Goldstein) - i przerzucił się na "babski odpowiednik", który #nikogo.

Pierwszą z szeregu bolączek nowego "Teda Lasso" jest brak większości bohaterów, których zdążyliśmy pokochać - i należycie pożegnać. Najmocniej doskwiera nieobecność Jamiego Tartta (Phil Dunster), na którego twórcy ewidentnie nie mieli pomysłu, wymyślili więc transfer do FC Barcelony i założyli, że serial poradzi sobie bez niego. Cóż... nie radzi sobie. Bez Jamiego u boku Roy Kent przestaje bawić, a zaczyna drażnić. Co gorsza, na tych bohaterów, którzy ostali się w Richmond, scenarzyści również nie mieli konkretnego pomysłu. Snują się zatem po ekranie licząc, że samą nostalgią zdołają zmiękczyć nasze serca. Marzenie ściętej głowy.

Ted Lasso 4. sezon
Autor: Apple TV+/ Materiały prasowe

W miejsce poprzedniej ekipy wskakuje żeńska drużyna, która wprawdzie ma swoje momenty, jak świetna scena wieczoru quizowego w barze, lecz brakuje w niej soczystych, wyrazistych postaci, którym aż chce się kibicować. Z całym szacunkiem, ale te bohaterki są tak nijakie, że ich los nie mógłby mnie mniej obchodzić. Niewiele lepiej jest z samym Tedem, któremu wciąż nie mogę odmówić wielkiego serducha, szkoda tylko, że w drodze z trumny na ekran stracił swą błyskotliwość, charyzmę i dowcip. Kiedyś "Ted Lasso" bawił i wzruszał do łez, teraz tylko przynudza i sprawia, że średnio co trzy minuty zadaję sobie pytanie, po co to w ogóle powstało.

"Ted Lasso" - recenzja 4. sezonu. Czy warto obejrzeć nowe odcinki?

Zdecydowanie najlepiej wypadają Rebecca i Keeley, które wciąż cechuje ta doskonała energia i ekranowa chemia, które pamiętamy z poprzednich sezonów. Ale dziewczyny same serialu nie pociągną. Nie, gdy ten potwornie zalatuje odgrzewanym kotletem z dyskontu, który przeleżał na półce ostatnie trzy lata. Jak już chcieli odcinać kupony od dawnego sukcesu, trzeba było nakręcić spin-off o przygodach tego duetu, z całą pewnością wyszłoby to znacznie lepiej (bo aby było gorzej, musieliby się srogo postarać).

Ted Lasso 4. sezon
Autor: Apple TV+/ Materiały prasowe

Reasumując, nowe odcinki "Teda Lasso" to potężny zawód, jeszcze potężniejszy od kryzysu, który przechodzi obecnie nasze polskie "1670". Czwarty sezon zrobiony został na siłę, napisany na kolanie i zagrany niczym pod przymusem - na wyróżnienie zasługują tylko Hannah Waddingham, Juno Temple i dołączająca do obsady Tanya Reynolds ("Sex Education") jako nowa trenerka, która wprowadza tu nieco, rozpaczliwie potrzebnego, powiewu świeżości. 

To już nie jest ten sam "Ted Lasso" i trzeba było zostawić go w świętym spokoju. Jeśli zatem zastanawiacie się, czy sięgać po czwarty sezon, zdecydowanie odradzam. Nie psujcie sobie wspomnień o tym niegdyś cudownym serialu.

PRZECZYTAJ TEŻ: "Ted Lasso". Ile odcinków liczy 4. sezon i kiedy premiera finału? (ROZPISKA)

Źródło: "Ted Lasso" wrócił. 4. sezon jest jak odgrzewany kotlet z dyskontu, który przeleżał na półce ostatnie trzy lata - RECENZJA