Spis treści
Monumentalna powieść Johna Steinbecka kreśli nam historię dwóch rodów, Hamiltonów i Trasków, gdzie pierwsza familia stanowi odbicie przodków samego autora, druga zaś mierzy się z odwiecznym pytaniem o wolną wolę, ludzką naturę i źródło zła. Amerykański pisarz w metaforyczny i urealniony sposób przepisuje biblijną opowieść o Kainie i Ablu, w centrum wydarzeń stawiając synów Adama Traska - Kala i Arona. Czy będąc synem kobiety, która stanowi uosobienie czystego zła w ludzkiej postaci, a jednocześnie mężczyzny, choć ułomnego emocjonalnie, to z natury dobrodusznego, Kal z góry skazany jest na kroczenie ścieżką dobra lub zła? Czy popełnione błędy zrzucić może na karb genów przekazanych mu przez wszeteczną matkę? Odpowiedź na te pytania okazuje się dziecinnie prosta, wszyscy wiemy jednak, jak często nam, ludziom, umyka.
"Na wschód od Edenu" znów na ekranie i nie dla każdego
Za nową interpretację "Na wschód od Edenu", która dziś w całości trafiła do Netflixa, odpowiada Zoe Kazan, która pełni funkcję twórczyni, głównej scenarzystki oraz współshowrunnerki. Jest to dlań niezwykle osobisty projekt, pierwszą adaptację (film z 1955 roku) powołał bowiem do życia jej dziadek. Kazan trzyma się pióra Steinbecka i podążając jego śladem, snuje nam tę opowieść niespiesznie. Serial liczy siedem długich odcinków i nie każdemu przypadnie do gustu - jeśli wasza zdolność skupienia uwagi nie przekracza czasu trwania rolki na TikToku, a na ekranie oczekujecie wartkiej akcji, prostej historii i żonglowania silnymi emocjami, darujcie sobie seans. Jeśli jednak głębszy przekaz, rozprawa nad naturą człowieka i kunszt realizacyjny to coś, czego szukacie, "Na wschód od Edenu" będzie, jak znalazł.
Adaptacja wierna, acz kontrowersyjna
Zoe Kazan zachowała strukturę opowieści Johna Steinbecka, jednak nierównomiernie rozłożyła akcenty. Zbyt wiele czasu spędzamy z Cathy, z której twórczyni uczyniła centralną postać tej historii, a za mało uwagi poświęcamy Kalowi, choć kreujący go Joseph Zada robi, co może, by z niewielkiego czasu ekranowego wycisnąć możliwie jak najwięcej - i się chłopakowi udaje, po raz kolejny udowadnia zresztą, że ma zadatki na wielkiego aktora.
Jeszcze przed swym debiutem w Netflixie, serial wywołał niemałe poruszenie wśród miłośników literackiego pierwowzoru. Postać Cathy stanowi w nim bowiem uosobienie czystego zła (sam autor przelał zresztą weń swą frustrację związaną z drugim rozwodem), tymczasem grająca ją Florance Pugh obwieściła w licznych wywiadach, że jej wersja tej bohaterki nie jest potworem, gdyż twórczyni chciała zgłębić jej psychikę i uczynić ją bardziej ludzką. Sama Kazan rzekła zresztą:
- Określiłabym ją jako skomplikowaną. W przypadku wszystkich bohaterów zależało nam na tym, by sprawiali oni wrażenie prawdziwych ludzi. Bo tak naprawdę właśnie takie są potwory w naszym własnym życiu, prawda? One też są po prostu ludźmi. A jeśli postrzegamy je inaczej, nie dowiadujemy się niczego o samych sobie [za: Mamamia].
Obrońcy zgodności z oryginałem drą zatem szaty, że Kazan nie zrozumiała przekazu powieści, którą przyszło jej adaptować, tudzież celowo skupiła się na Cathy i przerobiła ją na bardziej ludzką, gdyż istnienie niemoralnych, złych do szpiku kości kobiet nie mieści się w jej pojmowaniu świata. Sęk w tym, że każda adaptacja oddaje twórcy należną dozę wolności, a odbiorcy pole do własnej interpretacji. Zoe Kazan wchodzi tu w polemikę ze Steinbeckiem, podważając słuszność najsłynniejszego cytatu z jego powieści - że "na tym świecie z ludzkich rodziców rodzą się potwory". Wprowadzone przez nią zmiany w sposobie przedstawienia Cathy są zresztą zobrazowane z takim wyczuciem, że wciąż można odbierać je w różny sposób, zgodny z własnymi przekonaniami i wrażliwością. Konsumowanie kultury nie polega przecież na tym, że jak młode pelikany łykamy to, co wciska nam autor. Pisarze, scenarzyści czy producenci nie są bowiem nieomylnymi bóstwami, których słowa są niepodważalne, a dzieła nienaruszalne.
Serialowa Cathy, fenomenalnie zagrana przez Florance Pugh (śledzę jej karierę od lat i uwielbiam w każdym projekcie, uważam jednak, że "Na wschód od Edenu" to dotąd jej najlepsza rola), może jawić nam się jako przeciwieństwo swego pierwowzoru, a może być też jego swoistym dopełnieniem. Osobiście, w trakcie seansu, dostrzegałam w niej właśnie tego potwora, którego poznałam na kartach powieści Steinbecka, który jednak w kluczowym momencie zdał sobie sprawę z własnej ułomności. Najbardziej emocjonalna scena z udziałem Cathy, ta, w której poznaje ona swego syna Arona, nie była w moim odczuciu ukazaniem "tej dobrej" strony jej osobowości i nadaniem jej głębi, a bolesnym zderzeniem z rzeczywistością i pokazaniem tej zepsutej kobiecie tego, co mogłaby mieć, gdyby tylko w miejscu tej zionącej pustką czarnej dziury, którą nosi w sobie, tliła się choćby uncja człowieczeństwa. Serialowa Cathy nie jest feministką, czy kobietą doprowadzoną na skraj przez zło otaczającego ją świata, a kimś pozbawionym naturalnych ludzkich odruchów. Kreaturą, która podstawowe więzi międzyludzkie myli z kontrolą, emancypację z rozpustą i zepsuciem, a walkę o siebie ze zwykłym okrucieństwem.
To jeden z najlepszych seriali Netflixa (i tego roku)
Choć prym wiedzie tu Florance Pugh, cała obsada spisuje się znakomicie. Hoon Lee, jako opiekun młodych Trasków, stanowi bijące serce całej opowieści, Ciarán Hinds w roli Samuela Hamiltona to casting doskonały, a Mike Faist jest magnetyczny w roli Charlesa. Bawi mnie zaś angaż Josepha Zady do roli Kala, gdyż jest to pierwsza z dwóch jego tegorocznych kreacji, którymi obnaża tchórzostwo i słabość charakteru Coriolanusa Snowa - w przyszłym miesiącu zobaczymy go bowiem w nowych "Igrzyskach śmierci" jako Haymitcha Abernathy'ego, swoistą antytezę wspomnianego tyrana. "Ballada ptaków i węży" i "Wschód słońca w dniu dożynek" pochylają się nad tym samym zagadnieniem, co "Na wschód od Edenu" - wolnej woli w podążaniu ścieżką dobra lub zła. I o ile Kal oraz Haymitch wykazali się ostatecznie odpowiednią dozą emocjonalnej mądrości i siłą charakteru, o tyle Snow poległ z kretesem w starciu z własną ułomnością i małostkowością.
Zawiódł mnie zaś nieco Christopher Abbott w roli Adama Traska. Nie jest to zła rola, niemniej ginie on w otoczeniu swych kolegów i koleżanki z planu. Nijaki Adam i zbyt duży nacisk położony na Cathy, a zbyt mały na Kala to jednak w gruncie rzeczy jedyne poważne zarzuty, jakie wysnuć mogę wobec "Na wschód od Edenu" Zoe Kazan. Dobra robota panie Netflix, oby więcej takich seriali, a mniej papki dla scrollujących sociale.
CZYTAJ TEŻ: "Carrie" na miarę naszych czasów. Serial znacząco rozbudowuje fabułę książki Stephena Kinga - RECENZJA
Źródło: Netflix znów udowodnił, że potrafi kręcić wielkie seriale. Zmierzył się z arcydziełem literatury
