Spis treści
"Carrie" to żelazna klasyka literatury i kina grozy, a ekranizacja Briana De Palmy z 1976 roku wciąż cieszy się uznaniem widzów. Opowieść o nękanej przez rówieśników i fanatyczną matkę nastoletniej Carrie White jest bowiem boleśnie ponadczasowa i aktualna. Mike Flanagan stwierdził jednak, że zawsze można uczynić ją jeszcze bardziej aktualną - i do i tak już okrutnej opowieści dorzucił jeszcze media społecznościowe.
Tu nie ma miejsca na banalne zło - Mike Flanagan o swojej interpretacji "Carrie"
Akcja serialowej "Carrie" (wszystkie odcinki obejrzycie już w Prime Video) dzieje się współcześnie, a bohaterowie tylko w pierwszych sekundach przypominają swoje literackie odpowiedniki. Mike Flanagan ani myślał kręcić ekranizacji, a książkę Stephena Kinga potraktował wyłącznie jako inspirację i punkt wyjścia. Trzon fabuły i przesłanie się zgadzają, ale bohaterowie zyskują znacznie więcej głębi, a czarne charaktery nie są już po prostu złem wcielonym. - Jestem głęboko przekonany, że ludzie mogą rodzić się źli i że wśród nas, każdego dnia, kroczą osobniki naprawdę dokumentnie zepsute. Niektórzy z nich znajdują się zresztą obecnie na świeczniku. Jednak w kontekście tej historii szczególnie interesujące wydało mi się to, że media społecznościowe sprawiają, iż zaczynamy postrzegać osoby, z którymi jesteśmy w jakimkolwiek konflikcie, jako ludzi po prostu złych - zaczął w naszej rozmowie Mike Flanagan, po czym objaśnił, dlaczego postanowił uczłowieczyć Margaret White i Chris Hargensen, które u Kinga były wyłącznie kolejno fanatyczką religijną i okrutną szkolną dręczycielką.
Pomyślałam, że w przypadku historii o wyborach między życzliwością a okrucieństwem, z jakimi wszyscy mierzymy się każdego dnia, byłoby bardziej znaczące i interesujące, gdyby widzowie, utożsamiając się z Carrie White, dostrzegli też cząstkę siebie w Chris Hargensen czy Margaret White. Nie jest to więc opowieść, która skłaniałaby widzów do myślenia: "Cóż, mnie to nie dotyczy, jestem ponad to, nigdy nie byłbym zdolny do takiego okrucieństwa". Chodzi raczej o uświadomienie sobie, że może tkwi w nas cząstka – a może nawet całkiem spora część – zdolna do takich zachowań. I że w momentach dokonywania wyborów – tych drobnych, ulotnych chwilach dnia, gdy możemy zdecydować się na życzliwość lub jej brak, nie przywiązując do tego większej wagi i sądząc, że nie ma to żadnego znaczenia – warto byłoby zastanowić się nad tą decyzją nieco dłużej. Uznałem, że to czyni opowieść ciekawszą, ale absolutnie nie zmienia faktu, że moim zdaniem po tej ziemi chodzą ludzie naprawdę skrajnie źli, których nie da się już naprawić. Ta historia po prostu nie jest o nich - dodał.
Książka kontra serial - jak Mike Flanagan zmienił relację Carrie i Margaret White
W powieści Stephena Kinga Margaret White jest obłąkaną fanatyczką, która szczerze nienawidzi swojej córki - postrzega ją jako karę za grzechy i uosobienie zła, które musi unicestwić. W serialu fanatyzm zastąpiły paranoja i strach przed otaczającym światem, a relacja oparta na nienawiści zmieniła się w coś znacznie bardziej skomplikowanego. - Wiem, że znając tę historię, trudno w to uwierzyć, ale naprawdę mówimy tu o miłości matki i córki. Uważam, że choć Margaret nie potrafi obdarzyć Carrie miłością w sposób, który w tej chwili najbardziej by jej pomógł, to jednak kieruje się miłością - przyznaje w naszej rozmowie Samantha Sloyan, serialowa Margaret. Wtóruje jej ekranowa córka, Summer H. Howell, kreująca postać Carrie:
- To jeden z głównych powodów, dla których Mike [Flanagan - przyp. red.] chciał stworzyć ten serial. Chodziło o zmianę relacji między nimi i sprawdzenie, jaki wpływ będzie to miało na dalszy przebieg historii oraz jak skomplikowana stanie się ta sytuacja dla bohaterek. Obie bardzo chcą się wzajemnie kochać i wspierać, ale nie wiedzą, jak to robić. Carrie próbuje dorosnąć, zyskać nieco swobody i poznawać świat, podczas gdy Margaret tak naprawdę jej na to nie pozwala.
Samantha Sloyan przyznaje zresztą, że choć jej bohaterka, przy której słowo "przesada" wydaje się być niedopowiedzeniem stulecia, wydaje się, za przeproszeniem, nieco szurnięta, chwilami łapała się na tym, że przyznawała jej rację. A raczej - rozumiała jej tok myślenia, nawet jeśli szły za nim czyny godne potępienia. - Czerpałam bardzo wiele z własnych doświadczeń. Sama nie jestem matką, ale znam tę relację z perspektywy córki. Wiem, jak skomplikowane bywa tak głębokie uczucie i silna więź łącząca dwie osoby, które mimo wszystko pozostają zupełnie odrębnymi jednostkami. To bywa czasem mylące: wydaje nam się, że skoro tak mocno się kochamy, musimy patrzeć na świat w ten sam sposób, a w rzeczywistości wcale tak nie jest - skwitowała.
Kręcenie wiernych adaptacji go nie interesuje
Wróćmy do Mike'a Flanagana, który słynie z tego, że literacki pierwowzór jest dlań punktem wyjścia do snucia własnej, szerszej opowieści. W jego produkcjach przewijają się też ci sami aktorzy - choćby wspomniana Samantha Sloyan. Ciekawiły mnie jednak doświadczenia młodej części obsady, która dopiero wkroczyła do tego mikroświata, jakim jest plan zdjęciowy pod wodzą Flanagana.
Zdecydowanie ma swoją wizję, ale jednocześnie stawia na współpracę. Nie czujesz się w żaden sposób ograniczona czy zamknięta w sztywnych ramach. Obdarza cię zaufaniem w kwestii kreowania postaci. Od samego początku powtarzał mi, że w takim samym stopniu, w jakim Carrie jest bohaterką Stephena i jego, teraz jest też moją. To dla mnie ogromny zaszczyt i coś niesamowitego: móc cieszyć się tak głębokim zaufaniem reżysera i jednocześnie samej móc mu w pełni zaufać. Miałam ogromne szczęście, trafiając na tę grupę ludzi, ekipę, którą on skompletował. To naprawdę wyjątkowy człowiek - ocenia Summer H. Howell, serialowa Carrie.
Jej opinię podzielają grająca Tinę Josie Totah: - Moja rola jest dość niewielka, podobnie jak w materiale źródłowym. Więc zdecydowanie pozwolił mi na eksperymentowanie i po prostu dobrą zabawę; oraz Alison Thornton wcielająca się w rolę Chris Hargensen: - Zawsze z otwartością i życzliwością podchodził do wszelkich naszych pomysłów. Pamiętam, jak pewnego razu na planie – chyba podczas prób – powiedział: "Zawsze zgłaszaj swoje pomysły", co mocno mi zapadło w pamięć. [...] Dał nam mnóstwo swobody, byśmy mogli nadać postaciom własny, indywidualny rys. A przecież nie zawsze tak bywa. Współpraca z nim była więc czymś wspaniałym.
A jak Mike Flanagan dobiera książki, które chce wziąć na warsztat? Czego w nich szuka, skoro i tak później znacząco je rozbudowuje? Przede wszystkim człowieka. Matthew Lillard, który w "Carrie" gra dyrektora Grayle'a - i który niespodziewanie wparował na mój wywiad z Flanaganem - rzekł do Mike'a:
- Uwielbiam to, że zaczynasz wykraczać poza ramy horroru. To, co zrobiłeś z "Życiem Chucka" jest niezwykle istotne, głęboko ludzkie i piękne. I choć w "Carrie" występują elementy szokujące, w rzeczywistości jest to ludzka tragedia.
I filmowiec sam przyznał, że horror mu nie wystarcza. Jego celem jest wykorzystywanie klasycznych opowieści grozy, by stworzyć coś wartościowego, co nie tylko przestraszy widzów, ale też skłoni ich do głębszych refleksji.
Źródło: Dlaczego "Carrie" tak mocno odbiega od książki? Twórca opowiada nam, czemu gruntownie przerobił powieść Stephena Kinga- Myślę, że tym, co pomaga mi w wyborze, jest to, że historia musi dotyczyć czegoś więcej niż tylko samego horroru. Chodzi o to, o czym tak naprawdę jest dana historia. Zazwyczaj skłaniam się ku rzeczom, które są dla mnie ważne – istotne z punktu widzenia mojego życia, moich dzieci czy moich własnych doświadczeń. Zastanawiam się jednak: dlaczego opowiedzenie tej konkretnej historii może uczynić świat nieco lepszym? Nawet jeśli kogoś przerazi albo ukaże mroczne strony rzeczywistości – w jaki sposób może ona pomóc? Jak sprawić, by moja praca pozostawiła po sobie trochę nadziei - skwitował.