Ziggy Stardust miał być jego tarczą przed szaleństwem. David Bowie musiał go uśmiercić

2026-02-22 15:32

Sceniczna maska bywa dla artysty zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. David Bowie stworzył alter ego Ziggy'ego Stardusta jako pancerz chroniący go przed widmem szaleństwa, które nawiedzało jego rodzinę. Ta kosmiczna postać stała się jednak złotą klatką, z której jedyną ucieczką było jej publiczne uśmiercenie na scenie.

David Bowie tworzył następcę Blackstar

i

Autor: Archiwum serwisu

Ziggy Stardust jako tarcza przed obłędem

Gdy David Bowie powoływał do życia Ziggy'ego Stardusta, w jego głowie rodził się ktoś znacznie więcej niż tylko androgyniczna gwiazda rocka z kosmosu. To był misternie utkany pancerz, psychologiczna tarcza, która miała ochronić wrażliwego artystę przed demonami szaleństwa, nawiedzającymi jego rodzinę od pokoleń. Paraliżujący lęk, że odziedziczy chorobę psychiczną po swoim przyrodnim bracie Terrym Burnsie i trzech ciotkach, stał się paliwem rakietowym dla tej niezwykłej kreacji. Przez 18 miesięcy Bowie zanurzył się w tej roli tak głęboko, że lustro przestało pokazywać jego prawdziwą twarz, a granica między Davidem a Ziggym zatarła się niemal całkowicie. Była to ryzykowna gra, w której stawką było jego własne zdrowie psychiczne.

Tak Bowie walczył z demonami rodziny

Składniki, z których ulepiono Ziggy’ego, były równie fascynujące, co mroczne. Główną inspiracją był Vince Taylor, brytyjski rockandrollowiec z krwi i kości, którego Bowie spotkał w połowie lat 60., gdy ten tańczył już na cienkiej linie nad przepaścią obłędu. Taylor, napędzany narkotycznym paliwem, zaczął publicznie głosić, że jest kosmiczną hybrydą Jezusa, co kompletnie wykoleiło jego karierę, ale obraz ten wrył się głęboko w pamięć Bowiego. Wizerunek szalonego, rockowego mesjasza stał się gitarowym fundamentem dla Ziggy'ego. Do tego wybuchowego koktajlu Bowie dorzucił sceniczną, dziką energię Iggy'ego Popa oraz szczyptę estetyki japońskiego teatru kabuki, pantomimy i nowojorskiej awangardy.

Ten występ zee "Starmanem" zmienił wszystko. Ale Ziggy zaczął pożerać Davida Bowiego

Gdy 16 czerwca 1972 roku na półki sklepowe trafił album "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars", świat jeszcze nie wiedział, że za chwilę zostanie uderzony przez muzyczny meteor. Prawdziwa eksplozja nastąpiła jednak kilka tygodni później, dokładnie 6 lipca, gdy Bowie i jego Pająki z Marsa weszli z impetem do studia BBC, by zagrać w kultowym "Top of the Pops". Wykonanie "Starmana" było czystym dynamitem. Bowie w tęczowym kombinezonie, z płonącymi na pomarańczowo włosami, nonszalancko zarzucił rękę na ramię gitarzysty Micka Ronsona, co w konserwatywnej brytyjskiej telewizji wywołało prawdziwe kulturowe trzęsienie ziemi. Ten jeden, zaledwie kilkuminutowy występ, stał się iskrą zapalną dla całego pokolenia przyszłych gwiazd, od Bono z U2 po Roberta Smitha z The Cure, którzy zgodnie przyznają, że właśnie wtedy zrozumieli, że w rock'n'rollu nie ma żadnych granic.

Wraz z rosnącą sławą rosło też niebezpieczeństwo, że postać wymknie się spod kontroli. Piekielnie intensywna, trwająca 18 miesięcy trasa koncertowa sprawiła, że Bowie praktycznie przestał zdejmować sceniczną maskę. Tłumy na koncertach skandowały imię jego alter ego, a nie jego własne, przez co artysta zaczął niebezpiecznie dryfować w stronę wiary we własną, wykreowaną mitologię kosmicznego zbawiciela. Jego pewność siebie była wtedy twarda jak diament. Tuż przed wydaniem płyty rzucił dziennikarzowi prosto w twarz: "Będę ogromny", a producent Ken Scott wspominał, że 95% wokali na albumie zarejestrowano za pierwszym podejściem. Ta rockandrollowa arogancja była jednak mieczem obosiecznym, który z każdym dniem coraz mocniej stapiał maskę z twarzą artysty.

Brian May gorzko o współpracy z Davidem Bowie. "Under Pressure" mogło brzmieć zupełnie inaczej!

Szokujący finał w Hammersmith Odeon

Ciśnienie rosło do niebotycznych rozmiarów, a Ziggy, który miał być tarczą, powoli stawał się pozłacaną klatką. Wielki finał tej rockowej opery rozegrał się 3 lipca 1973 roku na deskach londyńskiego Hammersmith Odeon. Pod koniec występu, ku totalnemu osłupieniu fanów i reszty zespołu The Spiders from Mars, Bowie chwycił za mikrofon i wypalił:

To nie tylko ostatni koncert tej trasy, ale ostatni, jaki kiedykolwiek zagramy.

Na widowni zapanowała grobowa cisza, a w głowach tysięcy fanów kołatała się jedna myśl: czy to koniec Davida Bowiego? Była to jednak precyzyjnie zaplanowana, publiczna egzekucja postaci, by zabić Ziggy'ego Stardusta, zanim ten na dobre pożarłby swojego stwórcę.

Musiał zabić Ziggy'ego, by ocalić siebie

Ten teatralny, dramatyczny gest był niczym innym jak aktem samoobrony, desperacką próbą ratowania własnej tożsamości. Bowie musiał zrzucić z siebie tę kosmiczną skórę, zanim ona wrosłaby w niego na zawsze, zamykając tym samym rozdział, który od początku był artystyczną walką z rodzinnymi demonami. I chociaż tuż po „emeryturze” Ziggy’ego artysta pogrążył się w uzależnieniu od kokainy, to właśnie ten radykalny krok uchronił go przed artystycznym wypaleniem. Ocaliwszy swoje zdrowie psychiczne, otworzył sobie drogę do dalszych, nieustannych transformacji, tworząc kolejne niezapomniane wcielenia, takie jak Aladdin Sane czy The Thin White Duke. +. Najwyraźniej czasami trzeba zabić swojego bohatera, żeby samemu nim zostać.

Galeria: Najlepsze role filmowe Davida Bowie. Był równie charyzmatyczny co na scenie