Jeden brązowy cukierek i Van Halen odwoływał koncert. Jaki był prawdziwy powód?
Przez całe dekady ta historia uchodziła za kwintesencję rockandrollowego rozpasania i symbol gwiazdorskich fanaberii. Wpisany w potężny, 53-stronicowy kontrakt koncertowy Van Halen z 1982 roku, słynny artykuł 126 grzmiał jasno: w strefie za kulisami nie ma prawa znaleźć się ani jeden brązowy M&M. Złamanie tej zasady groziło natychmiastowym odwołaniem koncertu, oczywiście z pełnym wynagrodzeniem dla zespołu. Media i fani latami karmili się tą opowieścią, widząc w niej dowód na totalny odlot muzyków. Nikt nie przypuszczał, że za tym absurdalnym żądaniem krył się patent genialny w swojej prostocie. Tu nie chodziło o kolorowe widzimisię, lecz o coś o wiele ważniejszego: o bezpieczeństwo całej ekipy i tysięcy fanów pod sceną.
Po latach David Lee Roth ujawnił prawdziwy cel tej klauzuli
Dopiero w 1997 roku, w swojej autobiografii „Crazy From the Heat”, sam David Lee Roth zdarł zasłonę milczenia i ujawnił prawdziwy cel tej klauzuli. Charyzmatyczny wokalista wyjaśnił, że miska z cukierkami była niczym innym, jak scenicznym „kanarkiem w kopalni”. Stanowiła błyskawiczny test, który pozwalał sprawdzić, czy lokalny organizator zadał sobie trud przeczytania całego, naszpikowanego detalami kontraktu technicznego. Logika Rotha była prosta jak gitarowy riff: jeśli promotor olał tak dziwaczny, ale banalny do spełnienia warunek, to istniało ogromne ryzyko, że zignorował też kluczowe zapisy o nośności sceny, zasilaniu czy rozstawie kabli. Znalezienie brązowego M&M-sa w garderobie było dla zespołu czerwoną lampką, sygnałem do natychmiastowego przeglądu całej produkcji od A do Z.
Scena Van Halen wbiła się w podłogę. Katastrofa, której test M&Msów miał zapobiec
Skąd w ogóle potrzeba uciekania się do tak niecodziennych metod? Wszystko rozbijało się o monstrualną skalę przedsięwzięć Van Halen. Na początku lat 80. kapela była pionierem, który ruszył w trasę z produkcją sceniczną wymagającą aż dziewięciu osiemnastokołowych ciężarówek. To było trzykrotnie więcej niż wynosił ówczesny rockowy standard. Co więcej, ich koncertowy szlak często prowadził przez mniejsze miasta i uniwersyteckie hale, gdzie lokalne ekipy techniczne nie miały bladego pojęcia, jak okiełznać takiego scenicznego lewiatana. Całość ważyła tyle, co „biznesowa część Boeinga 747” i wymagała chirurgicznej precyzji podczas montażu. Kontrakt opisywał wszystko w najdrobniejszych detalach, łącznie z artykułem 148, precyzującym liczbę i rozmieszczenie gniazdek elektrycznych.
O tym, jak poważne mogły być konsekwencje zignorowania tych zapisów, ekipa przekonała się boleśnie podczas koncertu w Pueblo w Kolorado. Tamtejszy organizator potraktował wymogi dotyczące nośności podłoża po macoszemu, co skończyło się totalną katastrofą. Ważąca tony scena dosłownie wbiła się w nowiutką podłogę areny, generując straty szacowane na 70 do 85 tysięcy dolarów. Jak głosi legenda, rozwścieczony zespół dołożył do tego rachunku kolejne 12 tysięcy, demolując garderobę. Ten wybuch tylko umocnił ich wizerunek nieokiełznanych bogów rocka. Incydent w Pueblo był jednak gorzkim dowodem na to, że obawy muzyków były w pełni uzasadnione, a słynny test M&Msów nie był czystą fanaberią.
Od rockowego mitu do lekcji biznesu. Jak Van Halen uczy dziś zarządzania ryzykiem?
Choć wyjaśnienie Rotha rzuca na sprawę potężny snop światła, to cała historia wciąż ma swoje zakulisowe smaczki i kontrowersje. Menedżer zespołu, Noel Monk, upierał się, że nigdy nie dochodziło do demolowania garderób. Twierdził, że w przypadku znalezienia brązowych cukierków po prostu wręczał organizatorowi rachunek na dodatkowe 100 dolarów kary. Co więcej, niektórzy kronikarze rocka sugerują, że klauzula straciła swoją tajną moc już w 1980 roku, gdy cała afera przeciekła do prasy. To poddaje w wątpliwość jej skuteczność podczas trasy dwa lata później. Sam Roth przyznawał jednak z szelmowskim uśmiechem, że wcale nie przeszkadzało mu, gdy plotka o gwiazdorskich kaprysach żyła własnym życiem. W końcu idealnie pasowała do wizerunku kapeli.
Niezależnie od tych sporów o detale, historia brązowych M&Msów dawno wykroczyła poza rockowe rewiry, stając się pełnoprawną legendą popkultury. Dzisiaj jest rozpracowywana na czynniki pierwsze w książkach o zarządzaniu, jak chociażby „Decisive”, i stanowi żelazny punkt programów na uczelniach biznesowych jako modelowy przykład genialnego systemu kontroli jakości. To, co przez lata było postrzegane jako szalony kaprys rockmanów, okazało się przemyślanym mechanizmem, który w pokrętny, ale skuteczny sposób stawiał bezpieczeństwo ponad wszystko. I tak oto zwykła miska z cukierkami w garderobie Van Halen na zawsze zmieniła swoje znaczenie. Z symbolu rockowego ekscesu stała się ikoną niekonwencjonalnego zarządzania ryzykiem, udowadniając, że czasem największy hałas robi się w najcichszy sposób.