Dwa Wybrzeża, Dwie Twarze Punka: Ideologiczny Rozłam Amerykańskiego Hardcore'u
Amerykański hardcore punk lat 80. to nie był jeden, zwarty front. To była scena rozdarta ideologicznym konfliktem, który przebiegał wzdłuż całego kontynentu, dzieląc Wschodnie i Zachodnie Wybrzeże. W jednym narożniku stał Waszyngton D.C. z formacją Minor Threat na czele, uzbrojony w manifest zdyscyplinowanej etyki straight edge i surowe zasady DIY. W drugim Kalifornia i jej flagowy okręt, Black Flag, który zanurzał się w mroczniejsze, bardziej eksperymentalne i nihilistyczne rejony muzyki. To nie była bitwa na pięści, lecz potężne zderzenie idei, które na nowo zdefiniowały, czym w ogóle może być punk i jak daleko sięgają jego granice.
Straight Edge kontra artystyczny chaos. Dlaczego Minor Threat i Black Flag się różnili?
Minor Threat wystrzelił na scenę w 1980 roku, błyskawicznie definiując brzmienie stolicy i uderzając w słuchaczy ekstremalnie szybkimi, wściekłymi utworami, które rzadko przekraczały minutę. To właśnie z ich kawałka „Straight Edge” narodził się ruch promujący życie wolne od alkoholu, narkotyków i promiskuityzmu, który stał się kręgosłupem lokalnej sceny. Chociaż lider grupy, Ian MacKaye, zarzekał się, że „nie zamierzał rozpoczynać żadnego ruchu”, jego słowa stały się niepisanym manifestem dla pokolenia punkowców szukających alternatywy dla autodestrukcji. Mało kto wie, że sam symbol „X” na dłoniach, dziś nierozerwalnie związany z ruchem, został zaadaptowany przez zespół The Teen Idles po wizycie w San Francisco, gdzie w ten sposób oznaczano w klubach osoby niepełnoletnie.
Black Flag, chociaż startowali z podobnie wysokiego C, szybko zrzucili z siebie stylistyczny gorset. Ich muzyczna wolta w stronę wolniejszych, cięższych i bardziej zróżnicowanych brzmień, której kulminacją był album „My War” z 1984 roku, była dla wielu purystów niczym zdrada ideałów. Gitarzysta i lider grupy, Greg Ginn, ucinał wszelkie dyskusje, jasno deklarując: „Nie promujemy filozofii, partyjnej linii”. Podkreślał, że Black Flag to czterej indywidualiści bez jednego, spójnego punktu widzenia, co było totalnym przeciwieństwem kolektywistycznego ducha panującego w Waszyngtonie. Ta artystyczna wolność miała jednak swoją cenę. Zespół był regularnie wyrzucany z klubów w Los Angeles i stał się ulubionym celem lokalnej policji.
Kontrakt na gębę vs. spory o kasę. Jak działały wytwórnie Dischord i SST?
Założona przez MacKaye'a i Jeffa Nelsona wytwórnia Dischord Records była niczym lustrzane odbicie idei sceny D.C. Label działał bez prawników i skomplikowanych kontraktów, oferując artystom prosty układ. Wytwórnia pokrywała koszty nagrań, a po ich zwrocie dzieliła się zyskiem w stosunku 60 do 40 na korzyść zespołu. Pierwszy strzał labelu, czyli EP-ka „Minor Disturbance”, został sfinansowany z 600 dolarów oszczędności poprzedniej formacji muzyków, a jej okładki składano ręcznie przy kuchennym stole. To był symbol czystej, niepodrabialnej etyki DIY w jej najbardziej surowym, fundamentalnym wydaniu.
SST Records Grega Ginna, choć również startowało z garażowego pułapu, z czasem przyjęło znacznie bardziej biznesowy model. W latach 1987-1988 wytwórnia wypchnęła na rynek ponad 140 tytułów, co świadczyło o jej ogromnych ambicjach, ale niestety zaowocowało też licznymi sporami z artystami o prawa autorskie i podział zysków. Ta różnica w podejściu do prowadzenia wytwórni była jak w soczewce, która skupiała fundamentalny kontrast między dwiema filozofiami. Z jednej strony budowanie zwartej, lokalnej społeczności w D.C., a z drugiej dążenie do jak najszerszego zasięgu, które charakteryzowało kalifornijską scenę.
Choć medialna wojna między scenami była w dużej mierze mitem, ideologiczna przepaść między nimi była jak najbardziej realna i z każdym rokiem stawała się głębsza. Podczas gdy w D.C. w 1985 roku kiełkował ruch „Revolution Summer”, odrzucający bezmyślną przemoc na koncertach i dający podwaliny pod emo-core, Black Flag byli w niekończącej się trasie, grając 178 koncertów rocznie i eksplorując coraz cięższe, niemal metalowe brzmienia. Ta całkowita rozbieżność ścieżek pokazuje, że „wojna” była przede wszystkim starciem dwóch potężnych, odmiennych wizji tego, czym jest i dokąd zmierza hardcore punk. Dwie sceny, dwa manifesty i dwa różne soundtracki do buntu, które do dziś inspirują kolejne pokolenia do chwytania za instrumenty i podkręcania głośności do jedenastu.