Nagrał kultowe płyty Nirvany i Pixies, ale gardził mianem producenta. Dlaczego Steve Albini wolał być traktowany jak hydraulik?

2026-01-31 11:05

Istnieją albumy, które brzmią jak czysta, nieskażona energia zamknięta w studyjnych ścianach. Człowiek stojący za brzmieniem Nirvany i Pixies gardził jednak tytułem producenta, odrzucając przy tym ogromne pieniądze. Historia Steve'a Albiniego to opowieść o geniuszu, który wolał być traktowany jak hydraulik niż artysta, a pobieranie tantiem uważał za obrazę dla zespołu.

Steve Albini

i

Autor: -/ CC BY-SA 4.0

Steve Albini odrzucił 500 tys. dolarów od Nirvany. Dlaczego nazywał siebie hydraulikiem?

Istnieją w historii muzyki nazwiska, które brzmią jak riff definiujący całą epokę. Jednym z nich jest bez wątpienia Steve Albini, człowiek stojący za konsoletą podczas nagrań jednych z najważniejszych albumów w historii, w tym „In Utero” Nirvany i „Surfer Rosa” Pixies. Mimo to konsekwentnie odmawiał tytułowania go producentem, uważając to za artystyczną uzurpację. Jego rolą nie było bowiem kształtowanie muzyki, a jedynie precyzyjne, techniczne zarejestrowanie surowej energii zespołu. Ta filozofia była tak radykalna, że zrezygnował z tantiem od Nirvany, szacowanych na pół miliona dolarów, pobierając z góry ustaloną opłatę 100 tysięcy. Tłumaczył to prosto, chciał być opłacany jak hydraulik wykonujący konkretną pracę. Pobieranie tantiem uważał za „obraźliwe dla zespołu”.

Swoje podejście Albini wyłożył wprost w licznych wywiadach i esejach, stając się jednym z najgłośniejszych krytyków przemysłu muzycznego. W kultowym tekście „The Problem With Music” z 1993 roku bezlitośnie obnażył mechanizmy wyzysku artystów przez wielkie wytwórnie. W jego świecie decyzje zespołu dotyczące muzyki były świętością, a rola inżyniera dźwięku polegała na tym, by jak najwierniej je uchwycić, bez zbędnej ingerencji. Był w tej kwestii absolutnie bezkompromisowy, dając muzykom jasną radę: „Jeśli jesteś w studio, a producent mówi: 'Myślę, że powinniście rozważyć próbowanie tego', uderz go w twarz. Zadław ten biznes w zarodku”.

Nirvana - 5 ciekawostek o albumie "In Utero" | Jak dziś rockuje?

Od nienawiści do Pixies po gułag z Nirvaną. Kulisy kultowych nagrań Albiniego

Przełomem, który na stałe wpisał jego nazwisko do rockowego panteonu, był debiutancki album Pixies „Surfer Rosa” z 1988 roku. Jego chrzęszczące, organiczne brzmienie, z potężną, niemal wylewającą się z głośników perkusją i tnącymi jak żyletka gitarami, stało się wzorem dla całego pokolenia alternatywnych bandów. Co ciekawe, Albini początkowo nie był fanem zespołu i nazywał ich twórczość „nudnym rozrywkowym rockiem kampusowym”. Dopiero w 2023 roku, na krótko przed śmiercią, przyznał się do błędu i wyraził skruchę z powodu braku szacunku, jaki im okazał. To właśnie ten album zainspirował Kurta Cobaina, który zapragnął, by Albini odarł brzmienie Nirvany z wszelkiej studyjnej polerki na płycie „In Utero”.

Sesja nagraniowa „In Utero” z lutego 1993 roku obrosła legendą. Zespół zamieszkał w odizolowanym domu na terenie studia w Minnesocie, co Krist Novoselic z przekąsem porównał do warunków panujących w gułagu. Albini zastosował swoje charakterystyczne metody, zmuszając zespół do nagrywania na żywo, by uchwycić ich sceniczną chemię bez studyjnych sztuczek. Na zestaw perkusyjny Dave’a Grohla potrafił założyć nawet 30 mikrofonów, by zarejestrować każdy niuans uderzenia, a Kurt Cobain nagrał większość partii wokalnych w zaledwie sześć godzin. Efektem był album brutalnie szczery i bezkompromisowy, będący sonicznym odpowiednikiem tego, czym Nirvana była na scenie.

"Płyta CD to okropny nośnik". Poznaj analogową krucjatę Steve'a Albiniego

Albini był zagorzałym wyznawcą technologii analogowej, którą uważał za medium znacznie doskonalsze od cyfrowego odpowiednika. W 1997 roku otworzył w Chicago własną świątynię dźwięku, studio Electrical Audio, wyposażone w klasyczne konsole Neotek i magnetofony taśmowe Studer. Całość zaprojektowano z myślą o idealnej, naturalnej akustyce. Był przy tym niezwykle krytyczny wobec formatu CD, który bez ogródek określał jako „okropny” i „bardzo prymitywny nośnik dźwięku”. W jego opinii nic nie mogło równać się z ciepłem i głębią dobrego systemu analogowego, a cyfrowa rewolucja była gigantycznym krokiem wstecz pod względem jakości brzmienia.

Jego postawę najlepiej podsumowuje fragment listu, który wysłał do Nirvany przed rozpoczęciem prac nad albumem. Napisał w nim: „Myślę, że najlepsze, co możecie teraz zrobić, to dokładnie to, o czym mówicie: wykręcić płytę w kilka dni, z wysoką jakością, ale minimalną 'produkcją' i bez ingerencji od 'byków z biura'”. Ta deklaracja idealnie streszcza jego dziedzictwo. Był strażnikiem autentyczności i technicznym mistrzem, który pozwolił tysiącom zespołów zabrzmieć dokładnie tak, jak same tego chciały. I za to rock'n'roll będzie mu wdzięczny na wieki.