Dlaczego fani Metalliki grozili śmiercią Lou Reedowi po premierze albumu "Lulu"?
Są w historii rocka albumy kultowe, są płyty legendarne i jest „Lulu”. Prawdziwy muzyczny potwór, który w 2011 roku wstrząsnął posadami metalowego świata i na stałe zapisał się jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych kolaboracji wszech czasów. To zderzenie dwóch muzycznych galaktyk, gigantów thrash metalu z Metalliki i artystycznej awangardy Lou Reeda, miało być epickim wydarzeniem. Zamiast tego na fanów spadła 87-minutowa, trudna do przebrnięcia opowieść oparta na sztukach niemieckiego dramaturga Franka Wedekinda, gdzie melorecytacje Reeda wbijały się niczym lodowaty sztylet w gęsty, surowy mur gitarowych riffów.
Reakcja była natychmiastowa i brutalna. Wściekli fani Metalliki zasypali Reeda groźbami śmierci, a na platformie Amazon ponad połowa recenzji oceniła płytę na jedną gwiazdkę, z komentarzami w stylu: „Mógłbym sprzedać ci płytę z puszczonymi bąblami, która byłaby lepsza”. Krytycy również nie oszczędzili „Lulu”, serwując mu prawdziwą masakrę, co potwierdza średnia ocen na poziomie 45/100 w serwisie Metacritic. Prestiżowy magazyn Pitchfork wbił gwóźdź do trumny, przyznając albumowi symboliczną notę 1.0 na 10. W tym morzu krytyki błysnął jednak promyk uznania od Davida Fricke z Rolling Stone, który ocenił singiel „The View” na 4 z 5 gwiazdek, tylko podkreślając polaryzujący charakter materiału. Album z monumentalnym, niemal dwudziestominutowym utworem „Junior Dad”, stanowił artystyczną wizję tak bezkompromisową, że dla większości okazała się po prostu niestrawna. Co ciekawe, pierwsze wokale Reeda w tym utworze miały doprowadzić do łez samego Jamesa Hetfielda.
Jak Lou Reed wyzwał Larsa Ulricha na bójkę podczas nagrywania "Lulu"?
Zanim jednak doszło do tej studyjnej erupcji, iskra zapalna pojawiła się dwa lata wcześniej, w październiku 2009 roku, podczas ceremonii 25-lecia Rock and Roll Hall of Fame. To właśnie tam Metallica i Lou Reed po raz pierwszy stanęli ramię w ramię na scenie, by wspólnie odpalić klasyk „Sweet Jane”. Chemia, która wytworzyła się podczas tego występu, zainspirowała obie strony do dalszej współpracy. Początkowo plan był prosty, Metallica miała jedynie odświeżyć i nagrać na nowo kilka niepublikowanych perełek Reeda. Projekt jednak szybko wymknął się spod kontroli, ewoluując w znacznie bardziej ambitnego i, jak pokazał czas, niebezpiecznego potwora. Lars Ulrich posunął się nawet do stwierdzenia, że Reed to „samodzielna wersja Metallicy”, co tylko podsyciło późniejsze dyskusje o artystycznym niezrozumieniu.
Sesje nagraniowe, które odbyły się w kalifornijskiej kwaterze głównej Metalliki między kwietniem a czerwcem 2011 roku, były równie niekonwencjonalne jak sam materiał. Zespół, przyzwyczajony do studyjnej dłubaniny i nagrywania partii osobno, tym razem grał na setkę, patrząc sobie prosto w oczy z Reedem. Celem było uchwycenie surowej, niemal pierwotnej energii. Ta intensywność musiała prowadzić do spięć. Lars Ulrich wspominał, że atmosfera była tak gęsta, że można było ją kroić nożem, a Reed w pewnym momencie miał go nawet wyzwać na „walkę na ulicy”. To właśnie z tej twórczej gorączki narodziły się tak autentyczne momenty jak okrzyk Reeda „Come on, James!” w utworze „Pumping Blood”, który pozostał na finalnej wersji płyty.
Dlaczego David Bowie uznał "Lulu" za arcydzieło, gdy fani go znienawidzili?
Choć w dniu premiery „Lulu” zostało niemal jednogłośnie zmiażdżone przez krytykę i wyklęte przez fanów, czas zaczął działać na jego korzyść, zwłaszcza po śmierci Lou Reeda w październiku 2013 roku. Album, będący jego ostatnim studyjnym dziełem, zaczęto postrzegać w nowym świetle, jako odważny i bezkompromisowy testament artysty. Największą nobilitację przyniosły jednak słowa innej ikony. Sam David Bowie w rozmowie z żoną Reeda, Laurie Anderson, nazwał „Lulu” jego arcydziełem, porównując je do albumu „Berlin” i prorokując, że świat po prostu potrzebuje czasu, by je zrozumieć. Zresztą sam Reed uważał ten projekt za „najlepszą rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił ktokolwiek”.
Mimo komercyjnej klapy i symbolicznej sprzedaży ledwo dobijającej do 35 tysięcy kopii w Stanach Zjednoczonych, „Lulu” zyskało status kultowego eksperymentu. Paradoksalnie, album zyskał drugie życie w mrocznej atmosferze globalnej pandemii w 2020 roku. Wtedy to niektórzy krytycy okrzyknęli „Lulu” „definitywną płytą roku”, której duszny, klaustrofobiczny klimat idealnie rezonował z nastrojami tamtych dni. Lars Ulrich do dziś twardo broni projektu, twierdząc, że niczego by w nim nie zmienił, a jedyne, czego żałuje, to nieobecności samego Reeda. Tym samym historia „Lulu” zatacza pełne koło, przechodząc drogę od obiektu czystej nienawiści do skomplikowanego, artystycznego testamentu, który po latach wciąż prowokuje i nie daje o sobie zapomnieć.