Ten album Metalliki wywołał groźby śmierci. Dlaczego David Bowie uważał "Lulu" za arcydzieło?

2026-02-01 17:33

Są w rocku artystyczne sojusze, które zamiast tworzyć historię, kończą się spektakularną katastrofą. Wspólny album 'Lulu' Lou Reeda i Metalliki miał być dziełem epokowym, a wywołał jedynie falę nienawiści i gróźb śmierci. Prawda o tej płycie jest jednak znacznie bardziej złożona, a za jej ostateczną ocenę odpowiada inna, wielka ikona muzyki.

Metallica, Lou Reed

i

Autor: Metallica/ Materiały prasowe

Dlaczego fani Metalliki grozili śmiercią Lou Reedowi po premierze albumu "Lulu"?

Są w historii rocka albumy kultowe, są płyty legendarne i jest „Lulu”. Prawdziwy muzyczny potwór, który w 2011 roku wstrząsnął posadami metalowego świata i na stałe zapisał się jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych kolaboracji wszech czasów. To zderzenie dwóch muzycznych galaktyk, gigantów thrash metalu z Metalliki i artystycznej awangardy Lou Reeda, miało być epickim wydarzeniem. Zamiast tego na fanów spadła 87-minutowa, trudna do przebrnięcia opowieść oparta na sztukach niemieckiego dramaturga Franka Wedekinda, gdzie melorecytacje Reeda wbijały się niczym lodowaty sztylet w gęsty, surowy mur gitarowych riffów.

Reakcja była natychmiastowa i brutalna. Wściekli fani Metalliki zasypali Reeda groźbami śmierci, a na platformie Amazon ponad połowa recenzji oceniła płytę na jedną gwiazdkę, z komentarzami w stylu: „Mógłbym sprzedać ci płytę z puszczonymi bąblami, która byłaby lepsza”. Krytycy również nie oszczędzili „Lulu”, serwując mu prawdziwą masakrę, co potwierdza średnia ocen na poziomie 45/100 w serwisie Metacritic. Prestiżowy magazyn Pitchfork wbił gwóźdź do trumny, przyznając albumowi symboliczną notę 1.0 na 10. W tym morzu krytyki błysnął jednak promyk uznania od Davida Fricke z Rolling Stone, który ocenił singiel „The View” na 4 z 5 gwiazdek, tylko podkreślając polaryzujący charakter materiału. Album z monumentalnym, niemal dwudziestominutowym utworem „Junior Dad”, stanowił artystyczną wizję tak bezkompromisową, że dla większości okazała się po prostu niestrawna. Co ciekawe, pierwsze wokale Reeda w tym utworze miały doprowadzić do łez samego Jamesa Hetfielda.

Eska Rock_Metallica w 2024 zarobiła najwięcej na koncertach w Warszawie. Dane nie pozostawiają złudzeń

Jak Lou Reed wyzwał Larsa Ulricha na bójkę podczas nagrywania "Lulu"?

Zanim jednak doszło do tej studyjnej erupcji, iskra zapalna pojawiła się dwa lata wcześniej, w październiku 2009 roku, podczas ceremonii 25-lecia Rock and Roll Hall of Fame. To właśnie tam Metallica i Lou Reed po raz pierwszy stanęli ramię w ramię na scenie, by wspólnie odpalić klasyk „Sweet Jane”. Chemia, która wytworzyła się podczas tego występu, zainspirowała obie strony do dalszej współpracy. Początkowo plan był prosty, Metallica miała jedynie odświeżyć i nagrać na nowo kilka niepublikowanych perełek Reeda. Projekt jednak szybko wymknął się spod kontroli, ewoluując w znacznie bardziej ambitnego i, jak pokazał czas, niebezpiecznego potwora. Lars Ulrich posunął się nawet do stwierdzenia, że Reed to „samodzielna wersja Metallicy”, co tylko podsyciło późniejsze dyskusje o artystycznym niezrozumieniu.

Sesje nagraniowe, które odbyły się w kalifornijskiej kwaterze głównej Metalliki między kwietniem a czerwcem 2011 roku, były równie niekonwencjonalne jak sam materiał. Zespół, przyzwyczajony do studyjnej dłubaniny i nagrywania partii osobno, tym razem grał na setkę, patrząc sobie prosto w oczy z Reedem. Celem było uchwycenie surowej, niemal pierwotnej energii. Ta intensywność musiała prowadzić do spięć. Lars Ulrich wspominał, że atmosfera była tak gęsta, że można było ją kroić nożem, a Reed w pewnym momencie miał go nawet wyzwać na „walkę na ulicy”. To właśnie z tej twórczej gorączki narodziły się tak autentyczne momenty jak okrzyk Reeda „Come on, James!” w utworze „Pumping Blood”, który pozostał na finalnej wersji płyty.

Dlaczego David Bowie uznał "Lulu" za arcydzieło, gdy fani go znienawidzili?

Choć w dniu premiery „Lulu” zostało niemal jednogłośnie zmiażdżone przez krytykę i wyklęte przez fanów, czas zaczął działać na jego korzyść, zwłaszcza po śmierci Lou Reeda w październiku 2013 roku. Album, będący jego ostatnim studyjnym dziełem, zaczęto postrzegać w nowym świetle, jako odważny i bezkompromisowy testament artysty. Największą nobilitację przyniosły jednak słowa innej ikony. Sam David Bowie w rozmowie z żoną Reeda, Laurie Anderson, nazwał „Lulu” jego arcydziełem, porównując je do albumu „Berlin” i prorokując, że świat po prostu potrzebuje czasu, by je zrozumieć. Zresztą sam Reed uważał ten projekt za „najlepszą rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił ktokolwiek”.

Mimo komercyjnej klapy i symbolicznej sprzedaży ledwo dobijającej do 35 tysięcy kopii w Stanach Zjednoczonych, „Lulu” zyskało status kultowego eksperymentu. Paradoksalnie, album zyskał drugie życie w mrocznej atmosferze globalnej pandemii w 2020 roku. Wtedy to niektórzy krytycy okrzyknęli „Lulu” „definitywną płytą roku”, której duszny, klaustrofobiczny klimat idealnie rezonował z nastrojami tamtych dni. Lars Ulrich do dziś twardo broni projektu, twierdząc, że niczego by w nim nie zmienił, a jedyne, czego żałuje, to nieobecności samego Reeda. Tym samym historia „Lulu” zatacza pełne koło, przechodząc drogę od obiektu czystej nienawiści do skomplikowanego, artystycznego testamentu, który po latach wciąż prowokuje i nie daje o sobie zapomnieć.

Oto najlepsze albumy w dorobku Metalliki [TOP5]: