Taśma "Bohemian Rhapsody" była przezroczysta. Queen o krok od katastrofy!
Hstoria narodzin "Bohemian Rhapsody" to opowieść o balansowaniu na technologicznej krawędzi, a jej najpotężniejszym symbolem stała się taśma-matka, która pod koniec sesji była niemal przezroczysta. To nie żart. Gitarzysta Brian May i basista John Deacon ze zgrozą odkryli, że po niezliczonych przejściach przez głowice magnetofonu, nośnik został zdarty niemal do żywego, do tego stopnia, że można było przez niego patrzeć na światło. To był ostatni dzwonek, sygnał, że arcydzieło Queen jest o krok od bezpowrotnej utraty. Ten ekstremalny stan był efektem katorżniczej pracy nad nałożeniem na siebie ponad 180 ścieżek wokalnych. To właśnie one w operowej części utworu zbudowały potężną ścianę dźwięku, choć całą tę soniczną katedrę wzniosły głosy zaledwie trzech członków zespołu.
Proces, który doprowadził taśmę na skraj zniszczenia, był prawdziwym studyjnym maratonem i trwał trzy tygodnie. Warto pamiętać, że w 1975 roku tyle czasu zajmowało nagranie całego albumu. Sama legendarna sekcja operowa pochłonęła niemal połowę tego okresu, zmuszając Freddiego Mercury'ego, Briana Maya i Rogera Taylora do pracy po 10-12 godzin dziennie. Sesje, nadzorowane przez producenta Roya Thomasa Bakera i inżyniera Mike'a Stone'a, zamieniły się w twórcze szaleństwo. To właśnie Baker ukuł motto, które idealnie opisywało podejście muzyków: „Jeśli warto to robić, warto robić to na zabój”. Zespół potraktował te słowa śmiertelnie poważnie, eksploatując technologię do absolutnych granic jej możliwości.
Nagrywali „Bohemian Rhapsody” w pięciu studiach. To był logistyczny koszmar Queen!
Zrealizowanie tak monumentalnej wizji wymagało nie tylko czasu, ale i logistycznej ekwilibrystyki. Nagrania do „Bohemian Rhapsody” toczyły się aż w pięciu różnych londyńskich studiach, w tym w legendarnych Rockfield Studios, SARM Studios czy Wessex Sound Studios. Każdy transport cennych taśm między tymi miejscami był operacją wysokiego ryzyka i wiązał się z nieuchronną utratą jakości dźwięku. Sytuację komplikował fakt, że 24-śladowe magnetofony w każdym ze studiów pracowały na minimalnie różnych prędkościach, co wprowadzało dodatkowe wyzwania w utrzymaniu spójności brzmienia. Ta studyjna pielgrzymka była jednak koniecznością, by w pełni wykorzystać unikalny potencjał każdego z tych miejsc.
Praca na analogowym sprzęcie wymusiła na zespole stosowanie techniki wielokrotnego zgrywania ścieżek, znanej jako „bounce”. W praktyce oznaczało to, że gotowe partie instrumentalne i wokalne kopiowano w kolejnych pokoleniach, które sięgały nawet ósmej generacji. Każda taka operacja nie tylko degradowała taśmę fizycznie, ale również dodawała do nagrania kolejne warstwy szumów i zniekształceń. Gdy zespół dotarł do etapu finalnego miksu w SARM Studios, czekała na nich kolejna niespodzianka. Zainstalowany tam kilka dni wcześniej, pierwszy na świecie zautomatyzowany system miksowania, zamiast pomóc, wprowadził do sygnału dodatkowe artefakty, z którymi inżynierowie musieli stoczyć kolejną bitwę.
„A tutaj wchodzi sekcja operowa!”. Genialna wizja Freddiego Mercury’ego
U podstaw całego tego szaleństwa leżała precyzyjna wizja Freddiego Mercury'ego, który podobno miał w głowie całą strukturę utworu, zanim jeszcze zespół przekroczył próg studia. Swoje pomysły przynosił zapisane na luźnych kartkach, a harmonie wokalne rozpisywał z matematyczną dokładnością. Brian May wspominał, jak Mercury podczas jednego ze spotkań zagrał na pianinie początek utworu, po czym nonszalancko rzucił: „A tutaj wchodzi sekcja operowa!”, kompletnie zbijając z tropu producenta. To właśnie ta bezkompromisowa wizja pchnęła cały projekt na tory, którymi w muzyce rockowej nie odważył się pojechać nikt wcześniej.
Aby wcielić w życie wokalne piruety Mercury'ego, zastosowano pionierską technikę varispeed, polegającą na zmianie prędkości taśmy podczas nagrywania. Pozwoliło to wokaliście sięgać partii teoretycznie niemożliwych do zaśpiewania w jego naturalnym rejestrze. Do dziś trwa zresztą debata, czy niektóre z charakterystycznych zniekształceń były celowym zabiegiem, czy raczej szczęśliwym wypadkiem wynikającym z ograniczeń sprzętu. Ta przezroczysta taśma stała się więc czymś więcej niż tylko techniczną ciekawostką. To prawdziwa relikwia, namacalny dowód na to, że czasem trzeba zedrzeć medium do kości, by stworzyć dzieło, które przetrwa wieki.
Galeria: Które utwory szczególnie cenił Freddie Mercury? Oto kompozycje, które ukształtowały frontmana Queen