Jak piosenka Charlesa Mansona stała się słonecznym hitem The Beach Boys?
Gdy w grudniu 1968 roku fani The Beach Boys włożyli na gramofon singiel "Bluebirds Over the Mountain", po jego drugiej stronie znaleźli pozornie niewinny utwór "Never Learn Not to Love". Kawałek, który trafił też na album "20/20", brzmiał jak esencja kalifornijskiego snu, ociekając charakterystycznymi dla grupy, słonecznymi harmoniami. Nikt jednak nie przypuszczał, że pod tą lśniącą powierzchnią czai się jedna z najmroczniejszych historii w annałach rock'n'rolla.
Pierwotnym autorem kompozycji, zatytułowanej wówczas „Cease to Exist”, był Charles Manson, charyzmatyczny lider sekty. Perkusista zespołu, Dennis Wilson, zafascynowany mroczną aurą guru, postanowił wziąć piosenkę na warsztat. Nie tylko podkręcił aranżację, ale przede wszystkim zmienił tekst, przekuwając złowieszcze „Cease to exist” (Przestań istnieć) na bardziej chwytliwe „Cease to resist” (Przestań się opierać), po czym bezceremonialnie przypisał sobie całe autorstwo. Ten jeden ruch odpalił lont, którego eksplozja miała wstrząsnąć Ameryką zaledwie kilka miesięcy później.
Dennis Wilson zaprosił Mansona do domu. Ten gościnny gest kosztował go 100 tysięcy dolarów
Jak jednak doszło do tego, że ścieżki beztroskiego surfera i mrocznego guru przecięły się w tak fatalny sposób? Wszystko zaczęło się wiosną 1968 roku. Dennis Wilson, jedyny prawdziwy surfer w zespole i ucieleśnienie hedonistycznego stylu życia, zabrał z Sunset Strip dwie autostopowiczki, Patricię Krenwinkel i Ellę Jo Bailey. To one opowiedziały mu o swoim niezwykłym guru.
Niedługo potem Charles Manson we własnej osobie zapukał do drzwi rezydencji muzyka na Sunset Boulevard. Wilson, całkowicie oczarowany jego charyzmą, którą nazywał magnetyzmem "czarodzieja", otworzył przed nim i całą jego "rodziną" drzwi swojej posiadłości. Idylla artystycznej komuny szybko zamieniła się w finansową czarną dziurę. Sekta zdemolowała Ferrari i Mercedesa Wilsona, regularnie podkradała jego złote płyty i ubrania. Rachunek za gościnę, wliczając leczenie chorób wenerycznych, dobił do około 100 tysięcy dolarów, co dziś stanowiłoby równowartość blisko 800 tysięcy.
Manson, który szlifował grę na gitarze w więzieniu pod okiem gangstera Alvina Karpisa, miał obsesję na punkcie muzycznej sławy i marzył o statusie większym niż Beatlesi. Dennis Wilson szczerze wierzył w jego talent. Starał się wkręcić go do branży, przedstawiając wpływowym postaciom, w tym producentowi Terry'emu Melcherowi. Zorganizował nawet sesje nagraniowe w domowym studiu swojego brata, Briana. Tam jednak atmosfera zgęstniała. Manson okazał się studyjnym tyranem, nosił przy sobie nóż i odrzucał wszelkie sugestie, budząc grozę wśród ekipy. Mimo to Wilsonowi udało się przekonać resztę The Beach Boys, by nagrali utwór „Cease to Exist”, który Manson skomponował specjalnie dla nich.
Zamiast tantiem Dennis Wilson dostał kulę. Tak wyglądał gniew Charlesa Mansona
Reakcja Mansona na finalną wersję piosenki była równie gwałtowna, co przewidywalna. Gdy usłyszał swój utwór w wersji The Beach Boys, wpadł w furię. Artystyczna zdrada, a przede wszystkim brak jego nazwiska w metryczce, były dla jego ego ciosem nie do zniesienia. Dennis Wilson tłumaczył później, że Manson sam zrzekł się praw autorskich w zamian za gotówkę i motocykl. Inżynier dźwięku Stephen Desper sugerował jednak, że był to rewanż perkusisty za zniszczenia i kradzieże dokonane przez "rodzinę". Odpowiedź Mansona była krótka i mrożąca krew w żyłach. Zamiast czeku z tantiemami, perkusista znalazł złowieszczą wiadomość, do której dołączono pojedynczy nabój, z groźbami skierowanymi w niego i jego dzieci. Kalifornijski sen Wilsona właśnie zamienił się w najgorszy koszmar.
Ta przerażająca historia dobiła do krwawego finału w sierpniu 1969 roku. Członkowie sekty Mansona dokonali makabrycznych morderstw w rezydencji na Cielo Drive, w domu należącym wcześniej do Terry'ego Melchera, producenta, który odrzucił muzykę guru. Choć Melcher zdążył się wyprowadzić, zbrodnia ta była symboliczną zemstą na całym przemyśle muzycznym. Ta świadomość ciążyła na Dennisie Wilsonie jak kamień do końca jego dni, bo w głębi duszy czuł, że to on „wprowadził diabła” do Hollywood. Obiecywał, że kiedyś opisze wszystko w książce, ale nigdy tego nie zrobił. Zginął tragicznie w 1983 roku, zabierając tę mroczną tajemnicę na dno oceanu, a po wszystkim pozostało jedynie upiorne echo piosenki, która narodziła się w słońcu, a poczęta została w mroku.