180 wokali i przezroczysta taśma. Tak Freddie Mercury realizował swoją szaloną wizję
Bunt, który wstrząsnął radiem: Jak Queen i jeden DJ złamali zasady dla „Bohemian Rhapsody” W połowie lat 70. w muzycznym biznesie panowała jedna, święta zasada, wykuta w kamieniu i powtarzana jak mantra: radiowy singiel musi zmieścić się w trzech minutach. Koniec, kropka. I wtedy na scenę, z całym swoim blichtrem i artystyczną arogancją, weszła grupa Queen, rzucając na stół prawdziwą bombę: blisko sześciominutowy, rock-operowy epos „Bohemian Rhapsody”. Reakcja decydentów z wytwórni EMI była natychmiastowa i jednoznaczna. Uznano to za komercyjne harakiri, utwór zbyt pokręcony, za długi i pozbawiony chwytliwego refrenu, by ktokolwiek chciał go słuchać. Jednak Freddie Mercury, pewny swego geniuszu, miał już w głowie plan B. Wręczył kopię nagrania swojemu przyjacielowi, charyzmatycznemu DJ-owi z Capital Radio, Kenny’emu Everettowi, dodając jedno, diabolicznie sprytne polecenie: pod żadnym pozorem tego nie puszczaj. Freddie doskonale znał swojego kumpla i wiedział, że nic nie działa na Everetta tak, jak dobry zakaz. DJ, zgodnie z przewidywaniami, nie zamierzał grzecznie odłożyć taśmy na półkę. Zamiast tego rozpoczął na antenie prawdziwą grę ze słuchaczami, puszczając intrygujące fragmenty i budując napięcie, które sięgało zenitu. Wielki finał tego radiowego spisku nastąpił w trakcie jednego weekendu, gdy Everett złamał wszystkie reguły i zagrał „Bohemian Rhapsody” w całości aż czternaście razy. Efekt był jak uderzenie pioruna. Telefony w stacji rozgrzały się do czerwoności, a w najbliższy poniedziałek pod sklepami muzycznymi ustawiły się tłumy, domagając się singla, który oficjalnie jeszcze nie istniał. Głos ludu wybrzmiał tak potężnie, że wytwórnia po prostu musiała skapitulować.
Z radiowej listy zakazanej na szczyt list przebojów. I to dwa razy!
Zanim jednak utwór wywołał rewolucję na falach eteru, jego narodziny w zaciszu studia Rockfield w sierpniu 1975 roku były równie spektakularne. Freddie Mercury wkroczył tam z gotową, kompletną wizją. Jak wspominał Brian May, cała kompozycja „była w całości w umyśle Freddiego”, co pozwoliło przekuć ten szalony pomysł w dźwięk. Trzytygodniowe nagrania pod czujnym okiem producenta Roya Thomasa Bakera były istnym artystycznym maratonem, który sam Baker z uśmiechem nazwał „udanym żartem”. Aby zbudować legendarną operową sekcję, zespół musiał nałożyć na siebie aż 180 osobnych ścieżek wokalnych. Mercury śpiewał partie środkowe, May schodził do niskich rejestrów, a Roger Taylor wspinał się na wokalne wyżyny, dostarczając najwyższe nuty. Sprzęt w studiu ledwo nadążał za ambicjami muzyków. Taśma, na której nagrywano operowy fragment, była zapętlana i odtwarzana tyle razy, że emulsja magnetyczna zaczęła z niej niemal znikać. Brian May wspominał później, że gdy podniósł ją pod światło, była praktycznie przezroczysta. Ta determinacja była odbiciem postawy samego Mercury’ego, który nie zamierzał iść na żadne ustępstwa. Kiedy wytwórnia zasugerowała, że może by tak utwór trochę skrócić, jego odpowiedź była krótka i stanowcza: „albo wyjdzie w całości, albo wcale”. Nawet basista John Deacon po cichu przyznawał, że ma wątpliwości co do komercyjnego potencjału tak dziwacznej kompozycji. Jednak wizja lidera była absolutna i nie podlegała żadnej dyskusji.
Partyzancka akcja Kenny’ego Everetta okazała się strzałem w dziesiątkę i zmusiła EMI do natychmiastowego działania. Gdy singiel w końcu oficjalnie trafił do sprzedaży, machina ruszyła z potężnym impetem. Utwór wbił się na sam szczyt brytyjskiej listy przebojów, gdzie królował nieprzerwanie przez dziewięć tygodni, stając się hymnem swojego pokolenia. Jego legendę przypieczętował rewolucyjny teledysk, którego emisja w programie „Top of the Pops” na zawsze zmieniła zasady gry w promocji muzyki. Sam Everett, po tym jak w końcu mógł oficjalnie zaprezentować piosenkę na antenie, miał wykrzyczeć: „Mój kręgosłup przemienił się w galaretę… uwielbiam to!”. Była to reakcja, którą podzielały miliony fanów na całym świecie. Dziedzictwo „Bohemian Rhapsody” okazało się potężniejsze niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Kawałek dostał drugie życie w 1992 roku, gdy wjechał na pełnej głośności w kultowej scenie filmu „Świat Wayne’a”, ponownie podbijając amerykańskie listy przebojów. W erze cyfrowej jego moc wcale nie osłabła. W 2018 roku ogłoszono go najczęściej streamowaną piosenką XX wieku, a rok później teledysk przebił barierę miliarda wyświetleń na YouTube. Numer skazany na porażkę stał się ostatecznym dowodem na to, że artystyczna odwaga, doprawiona szczyptą buntu, nie tylko kruszy branżowe mury, ale buduje nieśmiertelne legendy. A za to po prostu trzeba podkręcić głośność do jedenastu.