"The Passenger" nie jest o Polsce! To mit, który wreszcie trzeba obalić
W rock'n'rollowym panteonie mitów niewiele jest opowieści tak barwnych i tak uparcie powtarzanych, jak ta o polskim rodowodzie „The Passenger”. Legenda głosiła, że jeden z największych hymnów Iggy'ego Popa zrodził się podczas przejażdżki pociągiem przez Warszawę. Czas jednak zdjąć różowe okulary i postawić sprawę jasno, to historia równie porywająca, co nieprawdziwa. Prawdziwe korzenie utworu tkwią w sercu zupełnie innego miasta, pulsującego surową energią podzielonego Murem Berlina Zachodniego. Całe zamieszanie to klasyczne pomieszanie z poplątaniem, w którym Iggy'emu przypisano podróżnicze losy jego kompana, Davida Bowiego. To właśnie Bowie, przemierzając Europę koleją, zaliczył krótki postój w Warszawie, który zainspirował go do skomponowania hipnotyzującego, instrumentalnego utworu „Warszawa”. Tymczasem „The Passenger” opowiada historię z zupełnie innej, berlińskiej bajki.
Dla Iggy'ego Popa rok 1977 był jak wciśnięcie przycisku „reset”. Razem z Bowiem wylądował w Berlinie Zachodnim, szukając schronienia przed autodestrukcyjnym stylem życia i paliwa dla nowej, artystycznej energii. I to właśnie tam, w rytmicznym stukocie kół miejskiej kolejki S-Bahn, narodził się gitarowy fundament „Pasażera”. Była partnerka artysty, Esther Friedmann, nazwała ten kawałek wprost „hymnem dla berlińskiego S-Bahn”. Iggy, który rzadko kiedy mógł pochwalić się prawem jazdy, stał się dosłownym pasażerem, chłonącym zza szyb pociągu surowy, miejski krajobraz. Plotka głosi, że najczęściej kursował linią S1 w kierunku jeziora Wannsee, co mogłoby rzucić światło na wersy o „morskim wybrzeżu”. Fani do dziś toczą gorące dyskusje, czy ta wizja była czystą poetycką licencją, czy może nostalgicznym echem dawnych, narkotykowych podróży.
Hipnotyzujący riff zrodzony w sadzie. A tekst? To zasługa Jima Morrisona
Jeśli tekst utworu jest echem berlińskiego betonu, to jego hipnotyzujący, nieśmiertelny riff gitarowy narodził się w scenerii jakby z innej planety. Za ten charakterystyczny motyw odpowiada gitarzysta Ricky Gardiner, który wpadł na niego nie w zadymionym studiu nagraniowym, lecz podczas spaceru po polu graniczącym z kwitnącym sadem. Jak sam wspominał, był to jeden z tych „wspaniałych wiosennych dni, z drzewami w pełnym kwieciu”. Ten sielski, niemal idylliczny obrazek dał początek jednemu z najbardziej zaraźliwych riffów w całej historii rocka. Niestety, dalsze losy Gardinera nie były tak pogodne. Jego życie naznaczyła walka z elektrohiperwrażliwością, a muzyk odszedł w 2022 roku po długich zmaganiach z chorobą Parkinsona, zostawiając po sobie dźwięki, które nigdy nie umrą.
Warstwa tekstowa to z kolei głęboki ukłon w stronę innego rockowego szamana. Iggy Pop bez ogródek przyznał, że bezpośrednią iskrą zapalną był dla niego poemat Jima Morrisona zatytułowany „The Lords”. Lider The Doors opisywał w nim nowoczesne życie jako podróż samochodem, gdzie świat za oknem zlewa się w smugę zniekształconych świateł i obrazów. Ta wizja trafiła w dziesiątkę, idealnie rezonując z doświadczeniami Popa, który jako wieczny pasażer w berlińskiej kolejce czy na fotelu auta Bowiego, patrzył na świat z perspektywy nieustannego ruchu. To, czy tekst powstał w przypływie studyjnej weny, czy był precyzyjnie przygotowany, pozostaje tematem dyskusji. Jedno jest pewne, jego surowa, poetycka moc uderza z taką samą siłą do dziś.
Zepchnięty na stronę B singla. Dopiero reklama Toyoty uczyniła go hitem!
Nagranie utworu miało miejsce między majem a czerwcem 1977 roku, w murach legendarnego Hansa Studio by the Wall. W sesji zameldowała się prawdziwa śmietanka, w tym Carlos Alomar oraz bracia Hunt i Tony Sales, tworząc potężny, rytmiczny fundament. Za klawiszami fortepianu usiadł sam David Bowie, który pełnił rolę producenta całego krążka „Lust for Life”. Jednak wbrew licznym teoriom spiskowym, jego wkład w samą kompozycję był znikomy. Sam Iggy uciął spekulacje, mówiąc wprost, że kawałek „miał prawie nic wspólnego z Bowiem”. Co najciekawsze, wytwórnia RCA Records w akcie jednej z największych pomyłek w swojej historii kompletnie nie poznała się na jego potencjale. Piosenkę bezceremonialnie zepchnięto na stronę B singla promującego numer „Success”.
Jednak prawdziwe rock'n'rollowe historie uwielbiają nieoczekiwane zwroty akcji, a „The Passenger” na swój moment chwały musiał czekać prawie dwadzieścia lat. Dopiero w 1996 roku, gdy jego riff podkręcił głośność w reklamie Toyoty Avensis, utwór został wreszcie wydany jako pełnoprawny singiel i wbił się na 22. miejsce brytyjskiej listy przebojów. Swoje trzy grosze do jego legendy dorzuciła też ekipa Siouxsie and the Banshees, nagrywając w 1987 roku fantastyczny cover z sekcją dętą, który zyskał uznanie samego Iggy'ego. W ten sposób piosenka zrodzona z obserwacji berlińskich ulic, omyłkowo przypisana Polsce i zlekceważona przez wytwórnię, zatoczyła potężne koło. Siłą własnej, nieokiełznanej energii, stała się nieśmiertelnym hymnem wszystkich rockowych podróżników, którzy wiedzą, że czasem najlepsze, co można zrobić, to po prostu patrzeć przez okno.