Sammy Hagar rzucił brutalną diagnozę. Peruka Davida Lee Rotha była dopiero początkiem

2026-05-10 9:05

Kiedy Sammy Hagar przejął mikrofon po Davidzie Lee Rothie w Van Halen, fani podzielili się na dwa wrogie obozy. Nikt jednak nie podsumował tej zmiany tak brutalnie i celnie jak sam Hagar, który jednym zdaniem uchwycił bolesną prawdę o swoim legendarnym poprzedniku i cenie, jaką płaci się za bycie ikoną.

Sammy Hagar, David Lee Roth

i

Autor: Abby Gillardi, Matt Becker/ CC BY-SA 3.0
Muzyka rockowa lat 80-tych - zagranica. Albumy, które dziś są legendarne

W panteonie bogów hard rocka lat 80. było wiele szczebli, ale ten należący do Van Halen miał wyjątkowo stromą hierarchię. Na samym szczycie, w oślepiającym blasku reflektorów, stał frontman idealny. Człowiek, który był nie tyle wokalistą, ile uosobieniem rockowego boga na Ziemi, zwinny jak lampart, z uśmiechem rekina i ego wielkości stanu Kalifornia. To był David Lee Roth. A potem na scenę wszedł Sammy Hagar i rzucił na to wszystko zupełnie inne światło.

Po latach, z goryczą i pewną dozą brutalnej szczerości, podsumował to, co widział:

Dave był świetny w Van Halen. Nie ma co do tego wątpliwości. Był jednym z najlepszych w byciu panem Gwiazdą Rocka. Ale to przykre patrzeć na faceta, który 20 lat później wciąż próbuje nim być, mając na głowie perukę

Gdy na scenę wchodzi Sammy Hagar, rock'n'roll zmienia frontmana

W 1985 roku, kiedy David Lee Roth opuszczał Van Halen u szczytu sławy, by rozpocząć solową karierę, wydawało się, że to koniec zespołu. Roth był DNA tej grupy – jego akrobatyczne szpagaty w locie, absurdalne anegdoty i wizerunek króla hedonizmu definiowały Van Halen tak samo, jak rewolucyjna gitara Eddiego. Jak zastąpić kogoś, kto był chodzącym, mówiącym i śpiewającym plakatem rock'n'rolla? Bracia Van Halen znaleźli odpowiedź w kimś, kto był jego niemal całkowitym przeciwieństwem.

Sammy Hagar, znany jako „Red Rocker”, miał już na koncie solidną karierę, zaczynając w zespole Montrose, a później odnosząc sukcesy solowe z hitem „I Can't Drive 55”. Nie był scenicznym cyrkowcem. Był rasowym rockmanem, który zamiast tanecznych ruchów oferował potężny wokal i bardziej uziemioną, ale równie ognistą energię. Jego dołączenie do Van Halen było szokiem, ale okazało się komercyjnym strzałem w dziesiątkę.

Era „Van Hagar”, jak złośliwie nazywali ją niektórzy fani Rotha, przyniosła cztery multiplatynowe albumy, które trafiały na szczyty list przebojów. Muzyka stała się bardziej melodyjna, stadionowa, może nawet dojrzalsza. Zamiast opowieści o gorących nauczycielkach, Hagar śpiewał o miłości i marzeniach. To były dwie różne filozofie rocka zamknięte w jednym zespole. Roth był wieczną imprezą. Hagar – jazdą z opuszczonym dachem w stronę zachodzącego słońca.

Peruka, czyli o cenie bycia ikoną

Słowa Hagara o peruce nie są tylko złośliwym przytykiem rzuconym w stronę rywala. To komentarz do jednego z najtrudniejszych wyzwań w świecie rocka: starzenia się w roli, która napisana jest dla wiecznie młodych. David Lee Roth zbudował swoją legendę na wizerunku nieśmiertelnego boga zabawy. Był postacią z komiksu, archetypem, który z czasem zaczął zjadać prawdziwego człowieka. Kiedy lata minęły, a fizyczność nie pozwalała już na te same szpagaty, Roth wciąż próbował grać tę samą rolę.

Dla Hagara, który swoją karierę po Van Halen przekuł w biznesowe imperium z marką tequili Cabo Wabo, był to widok trudny do zaakceptowania. Iskrzyło między nimi od zawsze. Kulminacją ich napiętej relacji była wspólna trasa koncertowa z 2002 roku, nazwana „Sam & Dave Tour”. Miała być świętem dla fanów, a stała się polem bitwy dwóch gigantycznych ego. Roth, według relacji, zachowywał się jak rozkapryszona diwa, otoczony świtą i oddzielony od reszty świata. Hagar, bardziej wyluzowany, próbował nawiązać kontakt, ale odbijał się od ściany. „Myślałem, że ta trasa będzie naprawdę fajna, a nie była” – wspominał Hagar.

Ta trasa obnażyła wszystko, co dzieliło obu wokalistów. Roth chciał być ikoną z przeszłości, Hagar chciał po prostu grać rocka tu i teraz. Ta symboliczna peruka, o której mówił Hagar, była dla niego znakiem, że Dave nie tyle pielęgnuje swoje dziedzictwo, ile stał się jego karykaturą, niewolnikiem własnego wizerunku sprzed lat.

Dwóch królów w jednym królestwie?

Spór na linii Roth–Hagar to tak naprawdę opowieść o wielkim pęknięciu w sercu fanów Van Halen. To wojna, która trwa do dziś na forach internetowych i w barowych dyskusjach. Wybór między nimi nigdy nie był tylko kwestią gustu muzycznego. To był wybór tożsamości. Czy wolisz rock'n'roll jako niekończący się, eskapistyczny cyrk pełen brawury i brokatu? Wybierasz Rotha. A może wolisz go jako potężną, szczerą siłę napędową, hymn na cześć wolności i prędkości? Stajesz po stronie Hagara. Obaj dali Van Halen hity, platynowe płyty i niezapomniane koncerty. Obaj, na swój sposób, byli geniuszami frontmańskiej sztuki. Ale słowa Hagara dotykają czegoś głębszego: pytania o to, co zostaje z gwiazdy rocka, gdy gasną światła, a tłum wraca do domu.

David Lee Roth na zawsze pozostanie tym, który nauczył pokolenie, jak imprezować. Sammy Hagar pokazał, że można być rockmanem, a jednocześnie twardo stąpać po ziemi. Przez lata fani "wybierali swojego króla". A oni dwaj, na zawsze połączeni nazwą jednego zespołu, stali się dwiema stronami tej samej, lśniącej, złotej monety, którą rzucono w powietrze gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych.

Galeria: Van Halen - 5 ciekawostek o albumie "5150"