Tony Iommi powrócił. Czas na album From the Dark
Gdy w głowie słyszy się to nazwisko, automatycznie przypominamy sobie te wszystkie monumentalne i ciężkie zagrywki, które zdefiniowały heavy metal. Tony Iommi, jako filar i mózg brytyjskiej formacji Black Sabbath, przez dekady utwierdzał nas w przekonaniu, że jego gitara potrafi namalować najciemniejsze, a zarazem najbardziej fascynujące muzyczne pejzaże. I takie właśnie dźwięki odnajdziemy na From the Dark, pierwszym solowym wydawnictwie muzyka od 2005 roku.
Trzonem całego albumu – co nie powinno nikogo dziwić – są nisko strojone, potężne riffy, będące absolutnym znakiem rozpoznawczym Iommiego. Legendarny gitarzysta nie próbuje odkrywać koła na nowo ani ścigać się ze współczesnymi trendami. Nie miałoby to żadnego sensu. –To album, z którego tworzenia naprawdę się cieszyliśmy –powiedział przed wydaniem całości. Tak, bez dwóch zdań, słychać ogromną frajdę z grania. Brzmienie, za które odpowiada Mike Exeter, jest soczyste i selektywne. Najważniejsze jednak, że udało się zachować mroczną (tytuł płyty mówi zresztą wszystko), klasyczną ciężkość.
Ciemność jak diabli
Za mikrofonem na From the Dark stanął Jørn Lande, którego głos jest stworzony do patetycznych, mrocznych konstrukcji gitarowych Tony'ego Iommiego. On także pomagał szefowi całego przedsięwzięcia przy komponowaniu materiału. Jego wokal, co wiadomo nie od dziś, jest często porównywany z tym, którym dysponował nieodżałowany Ronnie James Dio. Dlatego też nie dziwcie się, że momentami utwory na From the Dark budzą skojarzenia chociażby z krążkiem Dehumanizer czy twórczością Heaven and Hell (dobrym przykładem Stormwatcher). Porównania biegną również w stronę Tony’ego Martina, innego wokalisty z bogatej historii Black Sabbath. W tego typu dźwiękach świetnie odnaleźli się perkusista Karl Brazil (znany ze współpracy z Robbiem Williamsem czy Jamesem Bluntem) oraz basistka Becky Baldwin, która obecnie gra w kultowym Mercyful Fate.
From the Dark to album, który sprawia, że czujemy się jak w domu. Wystarczy włączyć Over the Violent Sun. Potężne uderzenie, podniosły klimat, a nad tym wszystkim unosi się "ciemność" jak diabli. Mistrz prezentuje taki riff, że nie ma co zbierać, a Lande daje z siebie wszystko. Jego złowieszczość wywołuje ciarki na plecach. Odnotujmy również gitarową solówkę z serii "palce lizać". Black Times to numer, który ma w sobie najwięcej pierwiastka "sabbathowego" z lat siedemdziesiątych, tylko że bez wokalu Ozzy’ego Osbourne’a. Nie zabrakło w nim miejsca także na nastrojowy przerywnik instrumentalny. Niestety, całość brzmi jakby została posklejana z różnych pomysłów i nie zapada na dłużej w pamięci. Za sprawą wspomnianego wcześniej Stormwatchera udajemy się w intrygującą podróż. Dramatyczne partie wokalne dobrze korespondują z przygotowanym tekstem (nawiązanie do tematyki morskiej, gdzie sztorm jest metaforą trudów ludzkiego życia). Monumentalnie prezentuje się Beyond the Dead, do którego dołożono orkiestracje. Moim zdaniem to właśnie tutaj największy popis daje wokalista, udowadniając, że wszechstronność to jego drugie imię.
Nastrojowo, jak na standardy Iommiego, robi się wraz z Death Wake, w którym gościnnie pojawia się sam maestro Brian May z Queen. Gitarzyści od lat się przyjaźnią, więc jego obecność na From the Dark nie jest przesadnym zaskoczeniem. Z kolei Return of the Arbalist jest praktycznie pozbawiony mrocznej otoczki, co nie jest bynajmniej zarzutem z mojej strony, choć to raczej wypełniacz. Największe wrażenie robi, bez dwóch zdań, zamykający i wielowątkowy Legacy, trwający ponad siedem minut. To jakby idealne podsumowanie całego dziedzictwa gitarzysty. Uwagę zwraca akustyczny fragment. Należy to podkreślić, bo Tony Iommi – jak sam zdradził w wywiadzie dla amerykańskiego magazynu Rolling Stone – nie cierpi grać na "pudle", gdyż uważa, że nie jest w tym zbyt dobry. Nie potrafię się z tym zgodzić. Ruch był nie oczywisty, ale się obronił. Szkoda więc, że muzyk Black Sabbath nie wplótł takich motywów więcej, bo dzięki temu płyta mogłaby zyskać na różnorodności.
Spójność to atut
Trzeba przyznać, że From the Dark brzmi bardzo spójnie. Dobrze więc, że Iommi postawił na jednego wokalistę, a nie na plejadę gwiazd jak w przypadku swojego debiutu sprzed ponad dwudziestu lat. Doczepię się jednak do tego, że na płycie brakuje szybszego "kopniaka", który wprowadziłby trochę innego powietrza do całego materiału. Fragmentami robi się bowiem zbyt jednostajnie. Na pewno też można narzekać, że ciężko wykroić z tego zestawu stuprocentowy przebój, który pociągnąłby za sobą resztę utworów (najbliżej tego jest singlowy World Alone z niezłym refrenem). Mimo tego wszystkiego należy się cieszyć, że Tony Iommi powrócił na rynek z kolejnym krążkiem.
Nie miałem jakichś wygórowanych oczekiwań w stosunku do From the Dark. Spodziewałem się po prostu solidnego albumu, który nie przyniesie wstydu Iommiemu. I moja prognoza zdecydowanie się sprawdziła. Dla jednych to będzie za mało, mnie jednak w zupełności wystarczy. Gitarzysta Black Sabbath muzyczny świat już dawno temu zbawił, a teraz robi swoje, bez spiny i pośpiechu, bo po prostu może z uwagi na swój status w historii rocka oraz metalu.
Najlepsze utwory z albumu: Over the Violent Sun, Beyond the Dead, Stormwatcher, Legacy
Ocena: 7/10